Jeśli zamierzasz wykorzystać publicznie jakiekolwiek informacje lub materiały z tej strony - zapytaj o zgodę

Rzeszów

2003-04-29, godzina 20.15

Akademia
adres: ul. Piłsudskiego 34

cena biletów: w przedsprzedaży 27 zł, 35 w dniu koncertu

przedsprzedaż:
Best, Revers, Elegancja - CH Rejtan, Sphinx

uwagi: wejście od 19.30




komentarze i recenzje
dodaj komentarz lub recenzję


naimad 2003-03-26 21:01:36
zajebiscie wkoncu bedzie dobry odpad!!!!!?...


Kaziomaniak !!! 2003-03-27 13:22:33
NARESZCIE !!! CAŁY RZESZÓW NA TO CZEKA Z NIECIERPLIWOŚCIĄ !!! CHOĆ JESTEM NA DRUGIM KOŃCU POLSKI TO PRZYJADĘ BANKOWO GDYŻ ZAWSZE JEST TAM ZAJE.... POZDRAWIAM WSZYSTKICH FANÓW /SZCZEGÓLNIE TYCH Z RZESZOWA/. DO ZOBACZENIA NA KONCERCIE ;-)))


dazo maniak 2003-03-28 16:20:48
czesc kultowcy 29 kwietnia bedzie zjebiscie w rzeszowie jest kazik staszewski


facy 2003-03-31 09:56:01
wreszcie ten koncert na który czekał cały rzeszów będzie niezła sieczka


Ozzy 2003-03-31 14:30:02
w marcu byla Pidzama, w kwietniu bedzie KNZ ZAJEBISCIE!!!!


dzialo 2003-04-01 18:26:40
juz sie niemogłem doczekać


glut 2003-04-01 21:38:06
najpierw pidzama potem hey teraz kaziu masaakraaa !!!


gumił 2003-04-02 13:59:35
No nie mam pytań!!!!!!


Henio 2003-04-02 19:14:23
Nie tak żebym się cieszył


dazek 2003-04-03 10:47:01
zajebiscie ze kazik przyjezdza do rzeszowa bo juz nie moge sie doczekac


Tomek Rzeszów 2003-04-03 16:03:35
Kurcze znów bedzie sciema ze strony Staszewskiego Przyjedzie wypompowany z Londynu, koncert ma tam 27 wiec obudzi się 28 kwietnia i od razu będzie zasuwał do Rzeszowa zajedzie 29 i będzie grał i śpiewał z zapałkami w oczach. KAZIU już nie szanuje swoich fanów tak jak kiedyś, zagra parę utworów wykonanie będzie do D*** i zejdzie ze sceny... teraz to się dla niego liczy kasa, a nie FANI. SZACUNEK !!!!


Towarzysz 2003-04-03 16:16:44
DEKORACJA: Noc listopadowa; w chacie, w świetlicy. Izba wybielona siwo, prawie błękitna, jednym szarawym tonem półbłękitu obejmująca i sprzęty, i ludzi, którzy się przez nią przesuną. Przez drzwi otwarte z boku, ku sieni, słychać huczne weselisko, buczące basy, piskanie skrzypiec, niesforny klarnet, hukania chłopów i bab i przygłuszający wszystką nutę jeden melodyjny szum i rumot tupotających tancerzy, co się tam kręcą w zbitej masie w takt jakiejś ginącej we wrzawie piosenki... I cała uwaga osób, które przez tę izbę-scenę przejdą, zwrócona jest tam, ciągle tam; zasłuchani, zapatrzeni ustawicznie w ten tan, na polską nutę... wirujący dookoła; w półświetle kuchennej lampy, taniec kolorów, krasych wstążek, pawich piór, kierezyj, barwnych kaftanów i kabatów, nasza dzisiejsza wiejska Polska. A na ścianie głębnej: drzwi do alkierzyka, gdzie łóżka gospodarstwa i kołyska, i pośpione na łóżkach dzieci, a górą zszeregowani Święci obrazkowi. Na drugiej bocznej ścianie izby: okienko przysłonione białą muślinową firaneczką; nad oknem wieniec dożynkowy z kłosów; - za oknem ciemno, mrok - za oknem sad, a na deszczu i słocie krzew, otulony w słomę, w zimową ochronę okryty. Na środku izby stół okrągły, pod białym, sutym obrusem, gdzie przy jarzących brązowych świecznikach żydowskich suta zastawa, talerze poniechane tak, jak dopiero co od nich cała weselna drużba wstała, w nieładzie, gdzie nikt o sprzątaniu nie myśli. Około stołu proste drewniane stołki kuchenne z białego drzewa; przy tym na izbie biurko, zarzucone mnóstwem papierów; ponad biurkiem fotografia Matejkowskiego > i litograficzne odbicie Matejkowskich >. Przy ścianie w głębi sofa wyszarzana; ponad nią złożone w krzyż szable, flinty, pasy podróżne, torba skórzana. W innym kącie piec bielony, do maści z izbą; obok pieca stolik empire, zdobny świecącymi resztami brązów, na którym zegar stary, atabastrowymi kolumenkami dźwigający złocony krąg godzin; nad zegarem portret pięknej damy w stroju z lat 1840 w lekkim muślinowym zawoju przy twarzy młodej w lokach i na ciemnej sukni. U boku drzwi weselnych skrzynia ogromna wyprawna wiejska, malowana w kwiatki pstre i pstre desenie; wytarta już i wyblakła. Pod oknem stary grat, fotel z wysokim oparciem. Nad drzwiami weselnymi ogromny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej z jej sukienką srebrną i złotym otokiem promieni na t1e głębokiego szafiru; a nad drzwiami alkierza takiż ogromny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, w utkanej wzorzystej szacie, w koralach i koronie polskiej Królowej, z Dzieciątkiem, które rączkę ku. błogosławieniu wzniosło. Strop drewniany w długie belki proste z wypisanym na nich Słowem Bożym i rokiem pobudowania. RZECZ DZIEJE SIĘ W ROKU TYSIĄC DZIEWIĘĆSETNYM SCENA 1. CZEPIEC, DZIENNIKARZ. CZEPIEC Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!? DZIENNIKARZ A, mój miły gospodarzu, mam przez cały dzień dosyć Chińczyków. CZEPIEC Pan polityk! DZIENNIKARZ Otóż właśnie polityków mam dość, po uszy, dzień cały. CZEPIEC Kiedy to ciekawe sprawy. DZIENNIKARZ A to czytaj, kto ciekawy; wiecie choć, gdzie Chiny leżą?, CZEPIEC No daleko, kajsi gdzieś daleko; a panowie to nijak nie wiedzą, że chłop chłopskim rozumem trafi; choćby było i daleko. A i my tu cytomy gazety i syćko wiemy. DZIENNIKARZ A po co - ? CZEPIEC Sami się do światu garniemy: DZIENNIKARZ Ja myślę, że na waszej parafii świat dla was aż dosyć szeroki.: CZEPIEC A tu ano i u nas bywają, co byli aże dwa roki w Japonii; jak była wojna. DZIENNIKARZ Ale tu wieś spokojna.- Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna. CZEPIEC Pon się boją we wsi ruchu. Pon nos obśmiwajom w duchu.- A jak my, to my się rwiemy ino do jakiej bijacki. to Z takich, jak my, był Głowacki. A, jak myślę, ze panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć: SCENA 2. DZIENNIKARZ, ZOSIA. DZIENNIKARZ Pani to taki kozaczek; jak zesiądzie z konika, jest smutny. ZOSIA A pan zawsze bałamutny. DZIENNIKARZ To nie komplement, to czuję i tego bynajmniej nie tłumię. ZOSIA Dobrze, że przynajmniej pan umie zmiarkować, kiedy uczucie, a kiedy salonowa zabawka - ale w tym razie... DZIENNIKARZ To sprawka pani wdzięku, pani jest bardzo miła, pani tak główkę schyliła..: ZOSIA Prawda? Tak jakbym się dziwiła, że mnie tyle honoru spotyka; pan redaktor dużego dziennika przypatruje się i oczy przymyka na mnie, jako na obrazek. DZIENNIKARZ A obrazek malowany, bez skazek, farby świeże, naturalne, rysunek ogromnie prawdziwy, wszystko aż do ram idealne. ZOSIA Widzę, znawca osobliwy. DZIENNIKARZ I czemuż pani się gniewa? ZOSIA Że pan jak Lohengrin śpiewa nade mną jak nad łabędziem, że my d1a siebie nie będziem, i po cóż tyle śpiewności? DZIENNIKARZ Oto tak, tak z rozlewności towarzyskiej. SCENA 3. RADCZYNI, HANECZKA, ZOSIA. HANECZKA Ach, cioteczko, ciotusieńko! RADCZYNI Co, serdeńko? HANECZKA Tamci tańczą, my stoimy; chcemy tańczyć także i my. RADCZYNI Może któryś z panów zechce? ZOSIA Z nikim z panów tańczyć nie chcę. RADCZYNI Potańcujcie trochę same. ZOSIA My byśmy chciały z drużbami, z tymi, co pawimi piórami zamiatają pułap izby. RADCZYNI Poszłybyście tam do ciżby? HANECZKA To tak miło, miło w ścisku. RADCZYNI Oni się tam gniotą, tłoczą i ni stąd, ni zowąd naraz trzask, prask, biją się po pysku; to nie dla was. ZOSIA My wrócimy zaraz. RADCZYNI Cóżeś ty dziś tak wesoła? Odgarnij se włosy z czoła. ZOSIA Raz dokoła, raz dokoła! HANECZKA Ciotusieńka zła okropnie, zła okrutnie - a przelotnie - zaraz buzię pocałuję. RADCZYNI Hanka zawsze swego dopnie. Niech się panna wytańcuje. SCENA 4. RADCZYNI, KLIMINA. KLIMINA Pochwalony, dobry wieczór państwu. RADCZYNI Pochwalony - gospodyni..: KLIMINA Tu wsiosko od maleńkości, Klimina, po wójcie wdowa. RADCZYNI Radczyni jestem z Krakowa. KLIMINA Macie syna. RADCZYMI Tańcuje tam. KLIMINA Niech się bawi; som ta dziwki, niech nie stoją. RADCZYNI Jakoś mu nie idzie sporo, bo się ino pogapuje. KLIMINA Panowie dziwek się boją; zaraz która co przyniesie, ino roz sie przetańcuje. RADCZYNI Wyście sobie, a my sobie. Każden sobie rzepkę skrobie. KLIMINA Myślałam, pomówię z matusią, toby wnuczka kołysała - ? RADCZYNI A toście wy skora, kumosiu; ledwo że wkoło spojrzała. już by mi synów swatała - ? KLIMINA Hej, jo sie bawiła wprzódzi, teroz bym lo inszych chciała. Coraz więcej potrza ludzi. Żeniłabym, wydawała! SCENA 5. ZOSIA, KASPER. ZOSIA Drużba tańczy, proszę ze mną. KASPER Panienka obcesem wpada. ZOSIA A w kółeczko..: KASPER Dookoła. Panienka se ta wesoła. Ano Kaśka będzie rada, jak przestoi. ZOSIA Kaśka, jaka? KASPER Ano ta, co w kącie taka..: ZOSIA Druhna? KASPER Juści, druhna pirso, co mi ją na żone rają. ZOSIA Raz dokoła, raz dokoła... KASPER Panienka się nie zgniwają, że ją lepiej gabne w pasie, ano Kaśka w sobie syrso: ZOSIA Pewno drużba kocha Kasie - ? KASPER Panienka se ta wesoła. ZOSIA Raz dokoła, raz dokoła... SCENA 6. HANECZKA, JASIEK. HANECZKA Jakby Jasiek chciał tańcować, tobym z Jaśkiem tańcowała - ? JASIEK A mogę sie ofiarować, by ino panienka chciała - ? HANECZKA Proszę, proszę, chwilkę w koło, jak wesoło, to wesoło. Jasiek dzisiaj pierwszy drużba. JASIEK Najmilso mi tako służba. SCENA 7. RADCZYNI, KLIMINA. RADCZYNI Cóż ta, gosposiu, na roli? Czyście sobie już posiali? KLIMINA Tym ta casem sie nie siwo. RADCZYNI A mieliście dobre żniwo - ? KLIMINA Dzięki Bogu, tak ta bywo. RADCZYNI Jak złe żniwo, to was boli, żeście síę napracowali - ? KLIMINA Zawszeć sie co przecie zgarnie RADCZYNI Dobrze sobie wyglądacie. KLIMINA I pani ta tyz nie marnie. RADCZYNI Jeszcze się widzicie młoda. KLIMINA Jak po Marcinie jagoda. RADCZYNI Może jeszcze się wydacie - ? KLIMINA A cóz sie ta tak pytacie?! SCENA 8. KSIĄDZ, PANNA MŁODA, PAN MŁODY. PAN MŁODY Ksiądz dobrodziej łaskaw bardzo. Proszę nas nie zapominać. KSIĄDZ Są i tacy, co mną gardzą, żem jest ze wsi, bom jest z chłopa. Patrzą koso - zbędą prędko, a tu mi na sercu lentko. Sami swoi, polska szopa, i ja z chłopa, i wy z chłopa PAN MŁODY Ksiądz dobrodziej już niebawem będzie nosić pelerynkę - ? KSIĄDZ Może i należy mi się; lecz pewnego nic nie wi się Inni także robią ślinkę! Może sprawię pelerynkę - PAN MŁODY Może z konsystorza przecie popatrzą okiem łaskawem; życzę bardzo. PANNA MŁODA Choć co dadzą; ino te ciarachy tworde, trza by stoć i walić w morde. PAN MŁODY Moja duszko, tu sie mówi o kościelnej dostojności, którą mają przyznać Jegomości. PANNA MŁODA Jo myślała, że co inne. KSIĄDZ Naiwne to i niewinne. SCENA 9. PAN MŁODY, PANNA MŁODA. PANNA MŁODA Cięgiem ino rad byś godać, jakie to kochanie będzie. PAN MŁODY A ty wolisz całowanie - będziesz kochać, a powiedzże - ? PANNA MŁODA Przeciem ci już wygodała. Przecież ci mnie nikt nie wydrze. PAN MŁODY Serce do kochania radsze. Toś już moja! Radość, szczęście! Nie myślałem, że tak wiele. PANNA MŁODA Ano chciałeś, masz wesele. PAN MŁODY Ach, nie patrzę, jak całuję; nie całuję, kiedy patrzę, a lica masz coraz gładsze. PANNA MŁODA A krew sie tak zesumuje. PAN MŁODY Pocałujże, jeszcze, jeszcze, niechże tobą się napieszczę: usta, oczy, czoło, wieniec... PANNA MŁODA Takiś ta nienasyceniec. PAN MŁODY Nigdy syty, nigdy zadość; taka to już dla mnie radość; całowałbym cię bez końca. PANNA MŁODA A to męcąco robota; nie dziwota, nie dziwota, żeś tak zbladnoł, taki wrzący. PAN MŁODY Nie chwalący, nie chwalący, spokoju mi nie dawały. PANNA MŁODA A bo chciałeś. PAN MŁODY Same chciały. PANNA MŁODA Cóz ta za śkaradne śtuki? PAN MŁODY Myśmy takie samouki; kochałem się po różnemu, a ciebie chcę po swojemu, po naszemu. PANNA MŁODA A no z duszy, jak ci dobrze, niech ta bedzie PAN MŁODY Teraz ci mnie nic nie zwiedzie. Takem pragnął, zboża, słońca... PANNA MŁODA Mos wesele! - Podź do tońca! SCENA 10. POETA, MARYNA. POETA Żeby mi tak rzekła która, sercem już dysponująca, tak po prostu: , jak jaka wiejska dziewczyna... MARYNA To niby ja ta dziewczyna, ja oświadczyć się mająca? Skądże taka pewna mina? POETA Wcale insze miałem plany, jeźlim plany miał w ogóle- chciałem coś powiedzieć czule, chciałem zapukać w serduszko, coś usłyszeć, coś podsłuchać: jak się to tam musi ruchać, jak się to tam musi palić - ?! MARYNA Muszę panu się pożalić, w serduszku nie napalone; jak kto weźmie mnie za żonę, będzie sobie ciepło chwalić; muszę panu się pożalić: choć zimno, można się sparzyć. POETA Amor mógłby gospodarzyć. MARYNA Amor ślepy, może zdradzić. POETA Amor: duch skrzydlaty, gończy. MARYNA Pretensji do skrzydeł wiele. POETA Więc się na pretensjach kończy MARYNA A nie kończy się w kościele. POETA Byłby to już Amor w klatce. MARYNA Lis w pułapce. POETA Motyl w siatce. MARYNA Paź królowej na usługach. POETA Ślub po zapłaconych długach. Miłość nęci rozmaita. MARYNA A, to z nami kwita. POETA Kwita - nie myślałem, że coś świta, pani prawie obrażona - ? MARYNA Czegoż to pan jeszcze szuka? POETA Że nie poszła w las nauka. MARYNA Któż się uczył? POETA Tak wzajemnie: Ja od pani, pani ze mnie. MARYNA A na cóż mnie tej nauki? POETA Na nic. MARYNA Więc? POETA Sztuka dla sztuki. MARYNA Zawrót głowy, wielka chwała; niech pan sztuki płata różne, bylebym ja spokój miała. POETA Rozmowa z panienką młodą, jak ją zwykle młodzi wiodą w takim stylu skrzydełkowym; rozmowa z panną upartą: o miłości, o Amorze, o kochaniu, co w tym, owym z nagła się przejawić może;- szepty z panną czarującą, przez pół serio, przez pół drwiąco- zawsze jeszcze studium warto. MARYNA Przez pół drwiąco, przez pół serio bawi się pan galanterią. POETA Ale gdzie ta, ale gdzie ta. MARYNA Pan poeta, pan poeta. Coś, jak liryzm, struna brzękła: ja o pana się przelękła, że ta strzała niespodziana może trafić, ale pana. POETA Bawię panią galanterią przez pół drwiąco, przez pół serio; stąd się styl osobny stwarza: nikt nikogo nie dosięga, nikt nikogo nie obraża - na łokcie różowa wstęga - nie prowadzi do ołtarza. - Tajemnicą jest kobieta. MARYNA Słucham, co to za wymowa! POETA Słowa, słowa, słowa, słowa. MARYNA Ale gdzie ta, ale gdzie ta! POETA Jakaż znów refleksja nowa? MARYNA Pan poeta, pan poeta. SCENA 11. KSIĄDZ, PAN MŁODY, PANNA MŁODA. KSIĄDZ Zwracam się do panny młodej, pijąc do pana młodego... PANNA MŁODA Cóz takiego, cóz takiego? KSIĄDZ Może, hm, po pewnym czasie, bo to człowiek jest człowiekiem, ot, przykładem tylu ludzi - bo to człowiek jest człowiekiem, usiada się tylko z wiekiem... PANNA MŁODA Niby jak to kwaśne mliko. KSIĄDZ Wyście młodzi, wyście młodzi, choć się dzisiaj wszystko godzi, przyjdzie czas, co was ochłodzi. PAN MŁODY Dzięki, niech się ksiądz nie trudzi, niech nie trudzi się dobrodziej, wdał się Pan Bóg już w tę sprawę i ten wszystko załagodzi; byliśmy rano w kościele, braliśmy ślub u ołtarza. KSIĄDZ No, a1e to tak się zdarza; ogromnie przypadków wiele, i przypomnieć pożytecznie. PAN MŁODY Podziękujże za obawę. PANNA MŁODA Zdarłabym jej łeb, jak krosna! PAN MŁODY A kocha, bo jest zazdrosna. KSIĄDZ Ach, kolorowa bajecznie! SCENA 12. PAN MŁODY, PANNA MŁODA. PAN MŁODY Kochasz ty mnie?? PANNA MŁODA Moze, moze- cięgiem ino godos o tem. PAN MŁODY Bo mi serce wali młotem, bo mi w głowie huczy, szumi... moja Jaguś, toś ty moja?! PANNA MŁODA Twoja, jak trza, juści twoja; bo cóż cie ta znów tak dumi? Cięgiem ino godos o tem. P AN MŁODY A ty z twoim sercem złotem nie zgadniesz, dziewczyno-żono, jak rani serce wali młotem, jak cię widzę z tą koroną, z tą koroną świecidełek, w tym rozmaitym gorsecie, jak lalkę dobytą z pudełek w Sukiennicach, w gabilotce: zapaseczka, gors, spódnica, warkocze we wstążek splotce; że to moje, że to własne, , że tak światłem gorą lica! PANNA MŁODA Buciki mom troche ciasne. PAN MŁODY A to zezuj, moja złota. PANNA MŁODA Ze sewcem tako robota. PAN MŁODY Tańcuj boso. PANNA MŁODA Panna młodo? ! Cóz ta znowu?! To ni mozno. PAN MŁODY Co się męczyć? W jakim celu? PANNA MŁODA Trza być w butach na weselu. SCENA 13. KSIĄDZ, PAN MŁODY. PAN MŁODY Któż komu czego zabroni? KSIĄDZ Zależy, za czym kto goni. PAN MŁODY Tak cudzego pilnujecie - ? KSIĄDZ Nie każdy ma jedno na świecie, a każdy ma swoje osobne, co go trzyma - a te drobne rzeczki, małe, niepozorne składają się na jedną wielką rzecz. PAN MŁODY Ksiądz sobie, jako chcesz, przecz.- Szczęście każdy ma przed nosem, a jak ma, to trzeba brać- trzeba iść za serdecznym głosem i nic pozwolić się kpać. KSIĄDZ No, mój panie, nie każdemu jednakie wołanie. A jak kto ręką sięgnie po co, a nie dostanie? SCENA 14. RADCZYNI, MARYNA: RADCZYNI A panny już bez pamięci, widzę, hulają. MARYNA Do smaku. Jak mnie Czepiec chwycił wpół, jak zawinął i obleciał w kółko, tom w oczach zobaczyła gwiazdy, jakby jakieś napowietrzne jazdy, kręcącé się zawrotem kół. RADCZYNI Pot oblewa całe czółko; możesz się zaziębić wnet. MARYNA A tak - teraz to sobie myślę: co insze złoto, a co insze miedź. RADCZYNI Nie pleć, spocznij, cicho siedź. MARYNA A myśl moja het, het, het... SCENA 15. MARYNA, POETA. POETA Elektryczność z oczu bije. MARYNA Zgrzałam się przy tańcowaniu. POETA Pani marzy o kochaniu- co tam pani serce czyje. MARYNA Może pańskie serce zatem - - ? POETA Umie pani strzelać batem - - ? MARYNA Jak to, co to - tak przez kogo - ? POETA Tak w powietrze, a szeroko. MARYNA Co tam panu serce czyje; - a umie pan kopnąć nogą - - ? POETA Tak przez kogo - ? MARYNA Nie tak srogo - tak w powietrze, a wysoko. POETA Na co, po co? MARYNA Dla niczego. POETA To nic złego. MARYNA I nic z tego. POETA To zagadka? MARYNA Sfinks. POETA Meduza. MARYNA Może z tego pan odgadnie nowoczesny styl harbuza; tak jak ja odgadłam snadnie: próżność na wysokiej skale, w swojej własnej śpiącą chwale. POETA Zeus i Pan Bóg mieszka w niebie, przedsię obaj są u siebie. Psyche to najczulej pieści.- O tym, gdzie kto śpi wysoko, pani wie coś z głuchych wieści; nie dosięgło jeszcze oko. MARYNA Rozumiem coś z wielką biedą, nie dosięgło jeszcze oko, nie zawlokłam się na turnie; tak tam dumnie, szumnie, chmurnie. Bałamuctwa w wielkim stylu, które już przeżyło tylu, różni więksi, mniejsi, niscy; wszystko bardzo wyjątkowe, bardzo dziwne, bardzo nowe, tylko że tak robią wszyscy. POETA Słucham, co to za wymowa - ? MARYNA Słowa, słowa, słowa, słowa. POETA To uczucia tak się garną; szkoda, żeby szły na marno. MARYNA Ale gdzie ta, ale gdzie ta. Pan myśli, że ja zajęta? POETA Widzę, że pani pamięta, jaka komu etykieta przylepiona i przypięta. MARYNA Szkoda, żeby szły na marno te uczucia, co się garną: pan poeta, pan poeta. POETA Otóż to, to etykieta. SCENA 16. ZOSIA, HANECZKA. ZOSIA Chciałabym kochać, ale bardzo, ale tak bardzo, bardzo, mocno. HANECZKA To ta muzyka gra tak skoczno i pewno serce tobie skacze. Jeszcze się dosyć, dość napłacze, nim go kochanie ułagodzi. Pociesz się, serce, pociesz, miła, jeszcze niejedna łza, mogiła, od tej miłości ciebie grodzi. ZOSIA Ze to tak losy szczęściem gardzą, że tak nie sypią szczęściem w oczy, tylko tak zaraz błyski gasną, ledwo się w oczach świt roztoczy? HANECZKA Musisz przejść wprzódy cierpień koło; przejść musisz wprzódy nędzę, bole, a potem kiedyś będzie wesoło, jak ci ból serce dość nakole. ZOSIA Ja, gdybym była losów panią, na przykład taką, wiesz: Fortuną, tobym odarła złote runo, żeby dać wszystko ludziom tanio; żeby się tak nie umęczali, w takiem gonieniu ciężkiem, długiem: każden, jak więzień, za swym pługiem; żeby się syto nakochali, żeby się wszystko im kręciło: jakby się złote nitki wiło. HANECZKA A tu są takie Parki stare, co nożycami tną przędziwo... ZOSIA A chyba to za jaką karę Miłość jest taką nieszczęśliwą. Za czyjąż winę, czyjąż karę rwać chcą przędziwo Parki stare...? Ach, tak bym chciała kochać bardzo HANECZKA Musisz się wprzódy dość naszlochać, napłakać, zbeczeć, razy wiele, aże postawią cię w kościele, a potem sobie możesz kochać. ZOSIA Ach, tym uczucia moje gardzą- nie to, nie jeszcze miałam w myśli: chciałabym, żeby się kto zjawił, kto by mi nagle się spodobał, żebym się jemu też udała i byśmy równo na to przyśli. Widzisz, takiego bym kochała, i to tak bardzo, bardzo, bardzo. HANECZKA Ach, tym uczucia moje gardzą; przecie trza wprzódy wypróbować, trza coś przecierpieć, coś przeboleć, żeby móc miłość uszanować. ZOSIA Już ja tam swoje będę woleć. SCENA 17. PAN MŁODY, ŻYD PAN MŁODY Przyszedł Mosiek na wesele... ŻYD Nu, ja tu przyszedł nieśmiele. PAN MŁODY No, jesteśmy przyjaciele. ŻYD No, tylko że my jesteśmy tacy przyjaciele, co się nie lubią PAN MŁODY A tak, jak są tacy, co skubią, to i są tacy, co się boczą. ŻYD Niech się boczą, a jak oni potrzebują, to ich u mnie jest bardzo wiele. PAN MŁODY W zastawie. ŻYD No, to tak, jak w kieszeni;- pan dzisiaj w kolorach się mieni; pan to przecie jutro zruci - ? PAN MŁODY Narodowy chłopski strój. ŻYD No, pan się narodowo bałamuci, panu wolno - a to ładny krój.- to już było. PAN MŁODY No, to jeszcze wróci. ŻYD Jak będzie każdy patrzeć przed nos swój, może co z tego będzie na inkszy raz. PAN MŁODY Oto właśnie teraz taki czas. ŻYD No, ja to gram na skrzypce, a pan na bas PAN MŁODY Przyszedł Mosiek na wesele, to mu basuję. ŻYD No, już ja wiem od mojej córki, że pan młody muzykę czuje. PAN MŁODY Pragnąłem widzieć pannę Rachelę: ŻYD Ona przyjdzie sama tu; mówiła, że zamiast snu woli widok panów i wesele - wykształcona. PAN MŁODY Nawet wierzę. ŻYD Mówi, że ją muzyka bierze, za mąż jej nie biorą jeszcze; może ją przy poczcie umieszcze: moja córka, to kobita, a jest panna modern, całkiem jak gwiazda. PAN MŁODY Więc satelita? ŻYD Jakie tylko książki są, to czyta, a i ciasto gniecie wałkiem, była w Wiedniu na operze, w domu sama sobie pierze - no, zna cały Przybyszewski, a włosy nosi w półkole, jak włoscy w obrazach anieli ala... PAN MŁODY A la Botticelli. ŻYD Żeby pan był przecie kiedy chciał z nią gadać - ? PAN MŁODY Chciałem, chciałem. Raz byłem, to nie zastałem. ŻYD Ona lubi te poety; ona nawet chłopy lubi; ona chłopom kredyt daje, to mi się aż serce kraje, bo to rzecz drażniąca wielce i nieraz jestem w rozterce: tu interes - a tu serce.- Po co się pan z chłopką żeni? Są panny inteligentne. PAN MŁODY One mnie się wydają przeciętne. Kocham te z Botticellego, lecz nie chcę zapychać niemi każdej piędzi naszej ziemi. SCENA 18. PAN MŁODY, ŻYD, RACHEL RACHEL Ach, bon soir. ŻYD Moja córka. RACHEL Jedna mnie tu zwiodła chmurka, jedna mgła, opary nocy; ta chałupa rozświecona, z daleka, jak arka w powodzi błoto naokoło, potopy, hukają pijane chłopy; ta chałupa rozświecona, grająca muzyką w noc ciemną, wydała mi się arcyprzyjemą, jako arka, na kształt czarów łodzi, i przyszłam - - tate pozwoli...? ŻYD No, niech sobie Rachel poswywoli. No, pan się mną Żydem brzydzi, a ją to pan musi uszanować; ona się ojca nie wstydzi. PAN MŁODY Przyszła pani z nami potańcować; jeśli pani szuka parki, przygarniemy ją w noc ciemną. Tam są tańce - tam są grajki, a tu zastaw gospodarski. SCENA 19. PAN MŁODY, RACHEL RACHEL Ensemble jak z feerii, z bajki, ach, ta chata rozśpiewana, jakby w niej słowiki dźwięczą, i te stroje ukąpane tęczą, PAN MŁODY Ma pani słuszność, ćmy brzęczą najwięcej wokoło świec; gdzie błyska, muszą się zbiec. RACHEL Zlatują się w dobrej wierze, na oślep, serdecznie, szczerze; nie domyślają się wcale; że ich tam czeka ogarek, co im będzie skrzydła piec. PAN MŁODY Na skrzydłach pani tu przyszła - ? RACHEL Na skrzydłach myśl moja zwisła; szłam, przez błoto po kolana, od karczmy aż tu do dworu ;- ach, ta chata rozśpiewana, ta roztańczona gromada, zobaczy pan, proszę pana, że się do poezji nada, jak pan trochę zmieni, doda. PAN MŁODY Tak to czuję, tak to słyszę: i ten spokój, i tę ciszę, sady, strzechy, łąki, gaje, orki, żniwa, słoty, maje. Żyłem dotąd w takiej cieśni, pośród murów szarej pleśni: wszystko było szare, stare, a tu naraz wszystko młode, znalazłem żywą urodę, więc wdecham to życie młode; teraz patrzę się i patrzę w ten lud krasy, kolorowy, taki rześki, taki zdrowy- choćby szorstki, choć surowy. Wszystko dawne coraz bladsze, ja to czuję, ja to słyszę, kiedyś wszystko to napiszę; teraz tak w powietrzu wiszę w tej urodzie, w tym weselu; lecę, jak mnie konie niosą - od miesiąca chodzę boso, od razu się czuję zdrowo, chadzam boso, z gołą głową; pod spód więcej nic nie wdziewam, od razu się lepiej miewam. SCENA 20. PAN MŁODY, RACHIEL, POETA: POETA Panna młoda jakieś słówko ma do ciebie. PAN MŁODY Rzucam damę, muszę służyć mojej pani. RACHEL Może słóweczko z wymówką, bo coś na mnie kiwa główką. POETA Takie tam drobnostki same. SCENA 21. RACHEL, POETA RACHEL A pan mi zostawia siebie. POETA Pani mnie interesuje. RACHEL Ja się patrzę i miarkuję. POETA Tak od pierwszego spojrzenia? RACHEL Ach, myśli pan, tak z niechcenia? POETA Trzask gromu. RACHEL Spudłować można. POETA Otóż, panienko wielmożna: miłość, Amor, strzała złota. RACHEL Amor, Amor, bóg, bożyszcze, rzuca się na pastwę oślep i woła: i zapalę, i zniszczę. POETA Bellerofon leci oklep. Pani poezją przesiąkła; ledwo słówek parę brząkła Muza pani - a już błyski - ? RACHEL Pan sądzi, że koniec bliski; że mnie porwie Amor-bożek? POETA Oto od stóp głowy do nóżek: Galatea! RACHEL Co, j a nimfa ? To samo mi właśnie powtarza pewien koncypient jurysta. POETA Więc go pani zaniedbuje, że to człowiek pracy - ?. RACHEL Limfa: to jest taki, jak się zdarza zbyt często, co tylko powtarza, co kto drugi gdzie umieści w poezji albo w powieści; nie indywidualista. POETA Pani żąda z pierwszej ręki - ? RACHEL Jak od kwiatów, od jabłoni, od chmur, słońca, żabek, gadu, jak od kwitnącego sadu; - cała ta poezja, co goni w powietrzu, którą wichr miata, która co dnia świeża wzlata, z wszystkiego fosforyzuje - pan to pisze, ja to czuję, więc... POETA I czegóż pani życzy? RACHEL Miodu, rozkoszy, słodyczy miłości, roznamiętnienia i szczęścia. POETA A miłość wolna?..: RACHEL Ach, marzyłam ó tym zawsze! POETA A gdyby tak szczęście łaskawsze pożaliło się jej biedy? RACHEL przestałabym marzyć wtedy. SCENA 22. RADCZYNI, PAN MŁODY: PAN MŁODY Jak się żenić, to się żenić! RADCZYNI Komu dzwonią lat południe, niech się spieszy użyć wczasu. PAN MŁODY Tak się pić chce przy źródełku; ożenić się w tym pragnieniu, to talk jakby w uniesieniu... RADCZYNI W równe nogi wskoczyć w studnię. PAN MŁODY Nie utonę, nie utonę! RADCZYNI Topi się, kto bierze żonę: PAN MŁODY Niech się stopi, niech się spali, byle ładnie grajcy grali, byle grali na wesele. Jak się tak muzyka miele, jak na żarnach, hula, dzwończy, niech se huka, stuka, puka, pląsa, bije, przybasuje, piska skrzypiec struną cienką, tak podskocznie, tak mileńko; niech się miele jak młyn wodny w noc miesięczną, w czas pogodny; szumiejąca, niech się snuje, a niech w dźwiękach się nie kończy, choćby usnąć w tańcowaniu przy mieleniu, przy hukaniu, w zapomnieniu, w kołysaniu; światy czarów - czar za światem!- jestem wtedy wszystkim bratem i wszystko jest moim swatem w tym weselu, w tej radości: Bóg mi gości pozazdrości. Granie miłe, spanie miłe, życie było zbyt zawiłe, miło snami uciec z życia, sen, muzyka, granie, bajka - zakupiłbym sobie grajka - spać, bo życie zbyt zawiłe, trza by mieć ogromną siłę, siłę jakąś tytaniczną, żeby być czymś na tej wadze, gdzie się wszystko niańczy w bladze to już tak po uszy sięga, Los: fatyga, czas: mitręga. Spać, muzyka, granie, bajka, zakupiłbym sobie grajka, to mi się do duszy nada... RADCZYNI Ach, pan gada, gada, gada. SCENA 23. PAN MŁODY, POETA. PAN MŁODY Jakże ci tu na weselu? POETA Zdaje mi się, żem pan młody, PAN MŁODY A mnie się widzi, że patrzę na piękno i szczęście cudze, że nie moje to, co moje. POETA To są takie niepokoje- a co mnie tam szczęście moje czy nie moje, a bierz licho! PAN MŁODY Tylko cicho, tylko cicho, bo jak najdziesz twoje, to tak jakbyś nalazł nutę. POETA Wiersze? PAN MŁODY Wrażenia, wrażenia najszczersze, śpiewnik serdeczny, kantyczki, całość w książce, komplet serca, i te wszystkie spotkania najpierwsze, i te wszystkie rozmowy u pola, i w ogródku, i we dworze, w sieni, na przysionku, w komorze, aż do ślubu, aże do kobierca: komplet serca. POETA To ciekawe, że, co my rozumiemy przez prozę, przetapia się na dźwięk, rymy i że potem z tego idą dymy po całej literaturze. PAN MŁODY Zupełnie tak, jak w naturze: kwiat w swoim zapachu się lotni i przychodzą różni markotni te same wąchać róże. POETA A gdyby tak ustroić się w róże drzewa, i pokazać: jak śpiewa człowiek, co w różach na czole umiera - ? PAN MŁODY Trzeba by lutni Homera! POETA A Los, a Atmosfera, a ogień, a płomieni góra, a czarna obłoków chmura; co by się ze stosu wzbiła?!! PAN MŁODY Śmierć !? POETA A to byłaby siła!. SCENA 24. POETA, GOSPODARZ. POETA Taki mi się snuje dramat groźny, szumny, posuwisty jak polonez; gdzieś z kazamat jęk i zgrzyt, i wichrów świsty.- Marzę przy tym wichrów graniu- o jakimś wielkim kochaniu. Bohater w zbrojej, skalisty, ktoś, jakoby złom granitu, rycerz z czoła, ktoś ze szczytu w grze uczucia, chłop >, przy tym historia wesoła, a ogromnie przez to smutna. GOSPODARZ To tak w każdym z nas coś woła: jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna. POETA A wszystko bajka wierutna. Wyraźnie się w oczy wciska, zbroją świeci, zbroją łyska postać dawna, coraz bliska, dawny rycerz w pełnej zbroi, co niczego się nie lęka, chyba widma zbrodni swojej, a serce mu z bolów pęka, a on, z takim sercem w zbroi, zaklęty, u źródła stoi i do mętów studni patrzy, i przegląda się we studni. A gdy wody czerpnie ręką, to mu woda się zabrudni. A pragnienie zdroju męką, więc mętów czerpa ze studni; u źródła, jakby zaklęty: taki jakiś polski święty. GOSPODARZ Dramatyczne, bardzo pięknie - u nas wszystko dramatyczne, w wielkiej skali, niebotyczne - a jak taki heros jęknie, to po całej Polsce jęczy, to po wszystkich borach szumi, to po wszystkich górach brzęczy, ale kto tam to zrozumi. POETA Dramatyczny, rycerz błędny, ale pan, pan pierwszorzędny: w zamczysku sam, osmętniały, a zamek opustoszały, i ten lud nasz, taki prosty, u stóp zamku, u stóp dworu, i ten pan, pełen poloru, i ten lud prosty, rubaszny, i ten hart rycerski, śmiały, i gniew boski gromki, straszny. GOSPODARZ Tak się w każdym z nas coś burzy, na taką się burzę zbiera, tak w nas ciska piorunami, dziwnymi wre postaciami: dawnym strojem, dawnym krojem, a ze sercem zawsze swojem; to dawność tak z nami walczy. Coraz pamięć się zaciera - - - tak się w każdym z nas coś zbiera. POETA Duch się w każdym poniewiera, że czasami dech zapiera; tak by gdzieś het gnało, gnało, tak by się nam serce śmiało do ogromnych, wielkich rzeczy, a tu pospolitość skrzeczy, a tu pospolitość tłoczy, włazi w usta, uszy, oczy; duch się w każdym poniewiera i chciałby się wydrzeć, skoczyć, ręce po pas w krwi ubroczyć, ramię rozpostrzeć szeroko, wielkie skrzydła porozwijać, lecieć, a nie dać się mijać; a tu pospolitość niska włazi w usta, ucho, oko; -. daleko, co było z bliska - serce zaryte głęboko, gdzieś pod czwartą głębną skibą, że swego serca nie dostać. GOSPODARZ Tak się orze, tak się zwala rok w rok, w każdym pokoleniu; raz w raz dusza się odsłania, raz w raz wielkość się wyłania i raz w raz grąży się w cieniu. Raz w raz wstaje wielka postać, że ino jej skrzydeł dostać, rok w rok w każdym pokoleniu, i raz w raz przepada, gaśnie, ;jakby czas jej przepaść właśnie.- Każden ogień swój zapala, każden swoją świętość święci... POETA My jesteśmy jak przeklęci, że nas mara, dziwo nęci, wytwór tęsknej wyobraźni serce bierze, zmysły draźni; że nam oczy zaszły mgłami; pieścimy się jeno snami, a to, co tu nas otacza, zdolność nasza przeinacza: w oczach naszych chłop urasta do potęgi króla Piasta! GOSPODARZ A bo chłop i ma coś z Piasta coś z tych królów Piastów - wiele! - Już lat dziesięć pośród siedzę, sąsiadujemy o miedzę. Kiedy sieje, orze, miele, taka godność, takie wzięcie; co czyni, to czyni święcie, godność, rozwaga, pojęcie. A jak modli się w kościele, taka godność, to przejęcie; bardzo wiele, wiele z Piasta; chłop potęgą jest i basta. SCENA 25. POETA, GOSPODARZ, CZEPIEC, OJCIEC. CZEPIEC Szczęść wam Boże! OJCIEC Pochwalony. GOSPODARZ Pochwalony, ojcze, kumie- tyle gości od Krakowa! OJCIEC A bo lo nich to rzecz nowa, co jest lo nos rzeczą starą, inszom sie ta rzondzom wiarą, przypatrujom sie jak czarom. GOSPODARZ A to dla nich nowe rzeczy, to ich z ospałości leczy. CZEPIEC Pan brat - z miasta - do nas znowu. Jak się panu na wsi widzi? POETA Jak u siebie za pazuchą. CZEPIEC Tu ta ładniej, tam to brzydzij; z miastowymi to dziś krucho; ino na wsi jesce dusa, co się z fantazyją rusa. GOSPODARZ Gdyby wam tak..: CZEPIEC Nie powtórzyć; - jakby kiedy co do czego, myśmy - wi sie, nie od tego; -- ino kto by nos chcioł użyć- kosy wissom nad boiskiem. OJCIEC Toście zawdy mocny pyskiem. CZEPIEC Ino sie napatrzcie pięści, niech no ino kaj-gdzie świsnę, to słychać, jak w zbiorach chrzęści. GOSPODARZ Jak z tym Żydem...! CZEPIEC Tego Żyda, było, jak go hukne w pysk- juzem myśloł, że sie stocył, on sie tylko krwiom zamrocył, a nie upod, bo był ścisk. A to było przy wyborze, w sali w tym sokolskim dworze:- po co sie bestyjo darła, a to tak z całygo garła;- było, jak go hukne w pysk, myślołem juz, że sie stocył, on sie ino krwiom zamrocył, a nie upod, bo był ścisk. GOSPODARZ Toście Ptaka wybierali? CZEPIEC A kiedy ptak, niechta leci. POETA Macie ta skrzydlate ptaki? CZEPIEC Ptok ptakowi nie jednaki, człek człekowi nie dorówna, dusa dusy zajrzy w oczy, nie polezie orzeł w gówna- pon jest taki, a ja taki; jakby przyszło co do czego, wisz pon, to my tu gotowi, my som swoi, my som zdrowi. POETA Pokłońcie się byle komu, poszukajcie króla Piasta. CZEPIEC Pon mi razy dwa nie powi, bo jo orze grunt i basta. Znom, co kruk, a co pędraki, bo jo orze grunt i basta. GOSPODARZ Brat mój wiele podróżuje... CZEPIEC Szkoda, że pon nie lubuje, u nas wschodzi pikne żyto, pon pszenice odlazuje; pojonby sie pon z kobitą, swoja rola, swoja wola, swoje trocha, dobre i to. POETA Mnie to tak coś gna po świecie. CZEPIEC Kaj ta znów... OJCIEC Nie rozumiecie; panu trza powietrza dużo. POETA Jestem sobie pan, żurawiec; zlatam, jak sie ma na lato; buduję se gniazdo z róż, ciułam słomę z waszych strzech, przysiadam na kalenice, rozpatruję okolice: daleko czy blisko burz?- Rośnie wtedy wszystko u mnie, jak na próchnie, jak na trumnie; pełno wszelakiego ziela, które słońca żar aż spopiela --- przy tym ta ogromna skala: jak w cmentarzu Ruisdala. A jak mnie kto w serce rani, ostrz się tępy w biodrze złomi, tego ani leczyć, ani ustrzec się i zażyć hartu; człowiek się na ból łakomi, że ból swój, że to są swoi- ucieka wtedy za morze. Jak tak sercem co zatarga, to ostanie w sercu skarga; chce mieć wtedy szumne łoże fal, gdzie szuka snu w głębinie, snu w topieli, gnać w przestworze! Taki grot się ze mną włóczy; myślę, że tez1 ból jest siłą. CZEPIEC Weź pan sobie żonę z prosta: duza scęścia, małe kosta. GOSPODARZ Cie, cie, cie, panie starosta! Wy byście ino swatali! CZEPIEC Jo chce, by sie ludzie brali, zeby sie jako garnęli, zeby sie tak w kupe wzięli, toby sie przecie nie dali. GOSPODARZ A to sie wam chwali, chwali..: OJCIEC Czegóż wy tak prosto z mosta na panaście nastawali - ? Pon pedzieli, że żurawiec. POETA Ptak powrotny CZEPIEC Pon latawiec! SCENA 26. OJCIEC, DZIAD. DZIAD Patrzcie, kumie, patrzcie, kumie, jak sie wam to przydarzyło. OJCIEC Pan Bóg daje, Pan Bóg bierze; ani mi sie o tym śniło. DZIAD Piekne pany, szumne pany, i cóż wy na to mbwicie, że to niby różne stany - ? OJCIEC Co tam po kim szukać stanu. Ot, spodobała się panu. Jednakowo wszyscy ludzie. Ot, pany się nudzą sami, to sie pieknie bawiom z nami. DZIAD Bawiom, bawiom, moiściewy, a toć były dawniej gniewy! Nawet była krew, rzezańce i splamiła krew sukmany. OJCIEC Byli ta tacy pohańce. Jo nic nie wiem, jestem czysty. To tam pewnie swoje robi Czart i ogień wiekuisty. Nie wódź nas na pokuszenie, Panie Jezusie najsłodszy... Wyście znali. DZIAD Byłeś młodszy, a ja bywał blisko, bywał, widziałem, patrzały oczy, jak topniał śnieg i krew spłukiwał, a potem Widziadło kroczy, wielką czarną chustą wieje i Śmierć sieje... OJCIEC Strasno podobno cholera..: DZIAD Tylo sta luda zabiera.- Padali, jak bąki rażone, byle ka, pod płot, na gnoju. OJCIEC Wieczyste odpocznienie... DZIAD Hań kreślicie krzyż daremno! Na czołach, jakby znaczone, plamy czarne i plamy czerwone. Dopust Boski - i rzeź dopust. Odbywało się w czas zapust. OJCIEC Ot wy, dziadu, jakby kruk, włóczycie się przy weselu. DZIAD Hej hej, stary przyjacielu, będzie pan twój wnuk. SCENA 27. DZIAD, ŻYD. DZIAD Tu tańcują, tam hulają.:: ŻYD W karczmie trza podmiatać izbę, kręcicie się tu po weselu. DZIAD Lepiej się im tańczy w błocie, tu wcale nie zamiatają - akurat Żyd o nich dbo. ŻYD Co godocie, co godocie, córka wam robotę do, nie kręćcie się tu, tam służba. DZIAD Mosiek ta tyz tu nie drużba. ŻYD Ja tom tu po interesie. DZIAD Ciągnąć do swojego szynkwasu. ŻYD Z weselem tyle hałasu, że wszystko się gniecie tu: DZIAD On z miasta pan, ona chłopka, z miasta het poprzyjezdzali, z chłopami się przywitali jak się patrzy. ŻYD Taka szopka, bo to nie kosztuje nic potańcować sobie raz: jeden Sas, a drugi w las. SCENA 28. ŻYD, KSIĄDZ. KSIĄDZ Ano, panie arendarzu, jutro! ŻYD Termin, ja to wim. KSIĄDZ A Mosiek jest akuratny, to dlatego trzymam z nim. ŻYD Co do czego Żyd jest nieprzydatny, to do takich rzeczy z groszem zawsze się przyda. KSIĄDZ Po chłopach jednaka bieda; nic nie sprzedam z pustym koszem. ŻYD Bierę, płacę. KSIĄDZ Daję, bierę. ŻYD Moje, twoje KSIĄDZ Twoje, moje. Chłopską biedą nie obstoję. ŻYD Patrz dobrodzij, co się dzieje, przy stołach się chłopy biją! Czepiec Maćka gruchnoł w łeb. KSIĄDZ Maciek ta ma mocną głowe. ŻYD Może mu i nic nie zrobił, może rozbił na połowe. KSIĄDZ A niech się ta chłopy biją. To Mosiek w nich wódkę leje, Żyd, chłop, wódka, stare dzieje. ŻYD A sprzedaję, bo mam sklep;- Czepiec jutro ma mnie płacić, to dziś w koło bije w pysk. KSIĄDZ Na chłopach się chcesz bogacić, drzesz podwójny zysk. ŻYD Chce dobrodzij na nich stracić, karczmę oddam. KSIĄDZ Jeszcze czas: ŻYD Czas to pieniądz. KSIĄDZ Dług rzecz święta: jutro termin. ŻYD Żyd pamięta KSIĄDZ Pomów z Czepcem. ŻYD Chamy piją. Kto by zadarł z tą bestyją? SCENA 29. ŻYD, KSIĄDZ, CZEPIEC. CZEPIEC O mnie mowa - jestem ci jo. KSIĄDZ Panie Czepiec, znów coś było! CZEPIEC Obmył sie juz, nic nie bedzie, szyćko przeńdzie, wylicy-sie. KSIĄDZ A wam to cosi patrzy-sie za te bitki, zwady, kłótnie. CZEPIEC Zawzięty jestem okrutnie, po co mi sie pies sprzeciwio. ŻYD Panie Czepiec, wyście winni, wyście zapłacić powinni za mój konicz. CZEPIEC Ty psie ścirwo konic twój? Łżesz! Z nas się żywią, ssają naszą krew - grosz łudzą, nasze szyćko świństwem brudzą. KSIĄDZ Panie Czepiec, macie dług. CZEPIEC Nawet konic nie był wart; te trzy kopki raił czart; nie dam nic. KSIĄDZ (do Żyda) Pozwijcie sądem. CZEPIEC (do Księdza) Ciewy, ciewy, z kiepskim rządem! Toć to z waszej łaski ino Mosiek w karczmie sie rozpiro. KSIĄDZ A bo wy nie chcecie płacić CZEPIEC Bo drzecie skóre aż miło. ŻYD Prawda jest, za duży czynsz! Spuści z czynszu ksiądz dobrodzij. CZEPIEC (wskazując Żyda) A, bo trzeba drzyć takiego. KSIĄDZ Jaka taksa słuszna, muszę. ŻYD (wskazując Czepca) Nie dam księdzu, aż zapłaci swój dług. KSIĄDZ (do Czepca) Płaćcie dług ! ! CZEPIEC Cy kaci? ! To któż moich groszy złodzij, czy Żyd jucha, cy dobrodzij!? KSIĄDZ Wódka- ŻYD Weź, skąd chcesz! CZEPIEC Psie dusze! ! Niech jegomość się nie gniewa, ale takim w gorącości, żebym, psiakrew, potłukł kości nawet rodzonemu bratu. SCENA 30. PAN MŁODY, GOSPODARZ PAN MŁODY Jak się kłócą, jak się łają! GOSPODARZ Ha! temperamenta grają! Temperament gra, zwycięża; tylko im przystawić oręża, zapalni jak sucha słoma; tylko im zabłysnąć nożem, a zapomną o imieniu Bożem- taki rok czterdziesty szósty- przecież to chłop polski także. PAN MŁODY A jakże to okropne, jakże... GOSPODARZ Do dziś chwalą sobie te zapusty. PAN MŁODY Znam to tylko z opowiadań, ale strzegę się tych badań, bo mi trują myśl o polskiej wsi: to byli jacyś psi, co wody oddechem zatruli, a krew im przyrosła do koszuli. Patrzę się na chłopów dziś... GOSPODARZ To, co było, może przyjś - PAN MŁODY Myśmy wszystko zapomnieli; mego dziadka piłą rżnęli... Myśmy wszystko zapomnieli. GOSPODARZ Mego ojca gdzieś zadźgali, gdzieś zatłukli, spopychali; kijakami, motykami krwawiącego przez lód gnali... Myśmy wszystko zapomnieli. PAN MŁODY Jak się to zmieniają ludzie, jak się wszystko dziwnie plecie; myśmy wszystko zapomnieli: o tych mękach, nędzach, brudzie; stroimy sie w pawie pióra. GOSPODARZ At, odmienia nas natura; wiara, co jest jeszcze w ludzie, że coś z tego przecie będzie; rok w rok idziem po kolędzie i szukamy, i patrzymy, czy co kiedy z tego będzie - ? Ot, odmienia nas natura: wicher, co nad łanem wionie; drżenie, gdzieś aż w ziemi łonie;- par, który się wsiąka, wdycha że się tak w tych zbożach tonie; chocia gleba może licha, nie trza ustępować z drogi: były bogi, będą bogi; wiara jeszcze jakaś w ludzie. PAN MŁODY Jak się wszystko dziwnie plecie..: GOSPODARZ Jak się wszystko plecie dziwno. SCENA 31. GOSPODARZ, KSIĄDZ. GOSPODARZ Ksiądz dobrodziej chce się spieszyć, chce odjechać, zaraz konie... KSIĄDZ Bardzo mile czas tu schodzi; tak sie w swoim gruncie brodzi; ciekawi ci państwo młodzi. GOSPODARZ Ciekawe, wszystko ciekawe. Strzemiennego! KSIĄDZ Strzemiennego! GOSPODARZ Kurdesz ! ! KSIĄDZ Coś staropolskiego - - GOSPODARZ Kurdesz nad kurdeszami!!! SCENA 32. HANECZKA, JASIEK. HANECZKA A, dziękuję, Jaśku. JASIEK Dobrze? HANECZKA Dobrze, dobrze - później jeszcze. JASIEK Ja bo się panienką pieszcze jak jakim świętym obrazkiem jak pisanką, malowanką. HANECZKA Jeszcze będę tańczyć z Jaśkiem. SCENA 33. KASPER, JASIEK. KASPER Jasiek, drużba, słuchaj, bratku, co ci powiem na ostatku, Zgadnij, co - ? JASIEK Nie wiem, co. KASPER Że te panny to nos chcom. JASIEK Moze -- jo tak myśle som. Kasper, drużba, słuchaj, bratku co Ci powiem na ostatku; Zgadnij, co - ? KASPER Nie wiem, no? JASIEK Że tak one ino kpiom. KASPER Co ta o to, druhny som, jesceśmy nie lada jacy. JASIEK, KASPER Albośmy to jacy, tacy. SCENA 34. JASIEK. JASIEK I Zdobyłem se pawich piór, nastroiłem pawich piór: pawie pióra ładne, pawie pióra kradne: postawie se pański dwór! II Zdobęde se pański dwór, wywleke se złoty wór: złoty wór wysypie ludziskom przed ślipie: nakupie se pawich piór! SCENA 35. PAN MŁODY, RADCZYNI. PAN MŁODY Jaki taki niech se szczeka. Czy dziwota, czy dziwota: zamiast wody, że chcę mleka; że nie gonię, kto ucieka; na konkury lat nie trwonię, jak ci, co lat kwarantannę czekają, nim zgarną pannę. RADCZYNI Mego zdania to nie zmienia. PAN MŁODY Punkt widzenia, kąt widzenia. O ten kredens, o tę szafę rozbiją się, jak o rafę, i najbardziej zakochani;- znałem takich, proszę pani, pięć lat byli zaręczeni- naraz kredens wszystko zmieni. RADCZYNI Mego zdania to nie zmienia. SCENA 36. POETA, RACHEL POETA Pani się kiedy zakocha w chłopie... RACHEL Pan może wywróży. Mam do chłopców pociąg duży, lecz być musi ładny chłopiec. Powrót, powrót do natury. POETA Nie tak trudno tego dociec nie trafia się inszy który; skarżył się już pani ociec na ten literacki ton. RACHEL Na wszystko dla mnie pozwala; nawet sobie mnie zachwala. Interesujące, co? Wyzysk, handel, ja i on - ? POETA Wszystko się w poezji topi u pani, ojciec i chłopi. RACHEL Ogromnie dużo wierszy czytałam. POETA Pisała pani kiedy? RACHEL Nie chciałam. Gust ten właśnie wielki miałam, żeby nie pisać - lichą formą się brzydzę; ale za to, kędy spojrzę, to widzę poezję żywą zaklętą, tę świętą, i tym jestem szczęśliwa: że święta i dla mnie żywa. POETA Ze świętymi pani przestaje; za pan brat z różami w ogrodzie; za pan brat z obłokami, a ku swojej wygodzie chce pani za pan brat z poetami. RACHEL Ach, pan ciągle mnie łaje - cała ta przyroda tajemna przestała mi być ciemna. POETA Choć oko wykol, noc na dworze - to pannie serce żądzą gorze i wolałaby gdzie w komorze nie sama...? RACHEL Przyszłam na chwilę, gdzie ta chata rozśpiewana, przybiegłam jak ćmy, jak motyle, co biegną - gdzie zapalona lampa - ale odejdę w pokorze do dom i będę sobie wyobrażać pana z daleka, a jak będę zakochana, przyszlę panu list i klucz. POETA A włócz się, poezjo, włócz, od komory do komory, od ogrodu róż do sadu tych śpiących drzew: widać je tu z okienka; więc, jak pójdzie panienka, a muśnie jej szal który krzew, to jej tęsknota i żal udzieli się przyciętej słomie, a z krzaka smutek i cień udzieli się nieświadomie panience... RACHEL A tak, a tak..: POETA A jak się drużba przydarzy, serduszko się drużbą pocieszy i zgrzeszy. RACHEL A tak, a tak: przez ogród pójdę, przez sad, a pan niech tu w oknie stoi. POETA Ujrzę panią rad, błądzącą przez mroczny sad, niby zakochaną i błędną, pół dziewicą, pół aniołem, pochyloną nad chochołem, jakby z obrazu Bern-Dżonsa- gdy ja będę w cieple stać. RACHEL No, nie trza się o mnie bać; nie przeziębi najgorszy mróz, jeźli kto ma zapach róż; owiną go w słomę zbóż, a na wiosnę go odwiążą i sam odkwitnie. POETA To szczytnie;- ach, pani się trochę dąsa - ? RACHEL Patrz pan różę na ogrodzie owitą w chochoł ze słomy; przed tą pałubą słomianą poskarżę się mej poezji; wyznam, jakich się herezji nasłuchałam; jak się jęto kąsać, gryźć mnie, com przyszła zakochana! Zmówię chochoł, każę przyść do izb, na wesele, tu - może uwierzycie mu, że prawda, co mówi Rachela. POETA Pani na imię Rachela - RACHEL Czy to postać rzeczy zmienia? POETA Ach, pani się zarumienia; - cieszę się pani imieniem- sproś pani, jakich chcesz, gości - imię pani tak liryczne... RACHEL Prawda, śliczne -- a teraz proszę Miłości wysłuchać.- Chcę poetyczności dla was i chcę ją rozdmuchać; zaproście tu na Wesele wszystkie dziwy, kwiaty, krzewy, pioruny, brzęczenia, śpiewy... POETA I chochoła ! RACHEL Już pan wierzy? ! Już to pana zajęło: słoma, zwiędła róża, noc, ta nadprzyrodzona Moc. POETA Może być weselna feta na wielką skalę! RACHEL A! teraz pana pochwalę. Adie - ta jedyna chwilka - pan mnie zajął, pan teraz poeta: POETA Otula się panna w szal - więc już adie?! RACHEL Nie dorosłam do wielkich skal; bawię się pour passer le temps tylko. SCENA 37. POETA, PANNA MŁODA. POETA Panno młoda, myślę sobie, że co zechcesz, to się stanie: miłość płonie z lic. PANNA MŁODA Jako, jo nie umiem nic; niby na moje zawołanie? POETA Na prośbę i rozkaz twój: żeś to dzisiaj panna młoda, jak jaśminy, jak jagoda... PANNA MŁODA I o cóz się to rozchodzi, że pon tylo się spodziwo po mnie? POETA Ty dzisiaj jesteś szczęśliwą, panno młoda - zaproś gości tych, którym gdzie złe wciórności dopiekają - którym źle- których bieda, Piekło dręczy, których duch się strachem męczy, a do wyzwoleństwa się rwie. PANNA MŁODA I po cóż te z Piekła duchy? POETA Niechaj przyjdą na podsłuchy, na Wesele, gdzie muzyka... PANNA MŁODA A to mi pon zabił ćwika; kaz się tylo luda zmieści? POETA Muzyka ich chwilę popieści; duch taki chwilę przystanie, a potem, jako dym, znika. PANNA MŁODA Pon cosi trzy po trzy bają; może się inksi poznają, o co chodzi - ot, mój mąż. SCENA 38. POETA, PANNA MŁODA, PAN MŁODY. POETA Ach! pan młody! - ty pan młody! Słuchaj, przecie ty poeta i ty dzisiaj sprawiasz Gody! PAN MŁODY Ja szczęśliwy, do gospody sprosiłbym tu cały świat: takim rad, takim rad. POETA Zaprośże tego chochoła; tam za oknem skrył się w sad. PAN MŁODY Cha cha cha - cha cha cha, przyjdź, chochole, na Wesele, zapraszam cię ja, pan młody, wraz na gody do gospody! PANNA MŁODA Jest na tyle jeść i pić, mozes sobie z nami kpić! PAN MŁODY Dla nas samych dość za wiele; przyjdź, chochole, na Wesele! PANNA MŁODA Przyjdze, przyjdze, jak mos wole! POETA Cha cha cha.. PANNA MŁODA Cha, cha, cha! Skoro północ zacznie bić, do nas tu na izbę przydź. PAN MŁODY Cha cha cha! POETA Cha cha cha... PANNA MŁODA Cy on nos tyz posłucha, bo to głucho psiajucha. PAN MŁODY Sprowadź jeszcze, kogo chcesz, ciesz się z nami, ciesz Godami! PANNA MŁODA Ciesz się, ciesz! PAN MŁODY Cha cha cha, czy on nas też posłucha-? SAJETAN TEMPE - majster szewski; rzadka bródka "dzika" i wąsy. Blondyn siwiejący. Ubrany w normalny strój szewski z fartuchem. Około 60 lat. CZELADNICY: I (JÓZEK) I II (JĘDREK). Bardzo przystojne, morowe, młode szewskie chłopy. Ubrane w normalne szewskie stroje z fartuchami. Lat około 20. KSIĘŻNA IRINA WSIEWOŁODOWNA ZBEREŹNICKA - PODBEREZKA - bardzo piękna szatynka, niezwykle miła i ponętna. Lat 27-28. PROKURATOR ROBERT SCURVY - twarz szeroka, zrobiona jakby z czerwonego salcesonu, w którym tkwią inkrustowane, błękitne jak guziki od majtek oczy. Szczęki szerokie - pogryzłyby na proszek (zdawałoby się) kawałek granitu. Strój żakietowy, melonik. Laska ze złotą gałką (tres démodé). Biały halsztuk zawinięty i ogromna w nim perła. LOKAJ KSIĘŻNEJ, FIERDUSIEŃKO - zrobiony trochę na manekina. Strój czerwony, ze złotym szamerowaniem. Czerwona króciutka pelerynka. Kapelusz stosowany. HIPER - ROBOCIARZ - ubrany w bluzę i kaszkiet. Ogolony, szerokie szczęki. W ręku kolosalny miedziany termos. DWÓCH DYGNITARZY - towarzysz Abramowski i towarzysz X. Wspaniale ubrani cywile, wysokiej inteligencji i w ogóle pierwszej marki. X ogolony - Abramowski z brodą i wąsami. JÓZEF TEMPE - syn Sajetana, lat 20. CHŁOPI - stary chłop, młody chłop i dziwka. Stroje krakowskie. STRAŻNICZKA - młoda ładna dziewczynka. Fartuszek na mundurku. CHOCHOŁ - z "Wesela" Wyspiańskiego. STRAŻNIK - normalny byczy chłopak, mundur zielony. AKT PIERWSZY Scena przedstawia warsztat szewski (może być dowolnie fantastycznie urządzony) na niewielkiej przestrzeni półkolistej. Na lewo trójkąt zapełniony kotarą wiśniowego koloru. W środku trójkąt ściany szarej z okrągławym okienkiem. Na prawo pień wyschłego pokręconego drzewa - między nim a ścianą trójkąt nieba. Dalej na prawo daleki krajobraz z miasteczkami na płaszczyźnie. Warsztat umieszczony jest wysoko ponad doliną w głębi, jakby na górach wysokich był postawiony. Sajetan w środku, dwaj Czeladnicy po bokach, I na lewo, II na prawo, pracują przy warsztacie. Z daleka dochodzi huk samochodów czy czort wie czego zresztą i ryki syren fabrycznych. SAJETAN kując młotem jakieś buty Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy. Hej! Hej! Kuj podeszwy! Kuj podeszwy! Skręcaj twardą skórę, łam sobie palce! A, do diabła - nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy! Książęce buciki! Tylko ja, wieczny tułacz, tym się tułający, że do miejsca zawsze przykuty. Hej! Kuj podeszwy dla tych ścierw! Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy - nie! I CZELADNIK przerywa mu Czy wy byście mieli odwagę zabić ją? II Czeladnik przestaje kuć podeszwy i pilnie nasłuchuje. SAJETAN Dawniej tak - teraz nie! Hej! Wywija młotem. II CZELADNIK Nie mówcie tak ciągle "hej", bo mnie to drażni. SAJETAN Mnie gorzej drażni, że buty dla nich robię. Ja, który mógłbym być prezydentem, królem tłumu - choć chwilę, choć jedną małą chwilkę. Lampiony, girlandy i słowa wokół lampionów głów, a ja, nędzny, brudny wszarz ze słońcem w piersi, błyszczącym jak tarcza złota Heliodora, jak sto Aldebaranów i Weg - ja nie umiałem mówić. Hej! Wywija miotem. I CZELADNIK Czemu nie umiecie? SAJETAN Nie dali. Hej! Bali się. II CZELADNIK Jeszcze raz powiecie "hej", a pójdem sobie od roboty precz. Nie macie pojęcia, jak mnie to drażni. A propos: a kto to Heliodor? SAJETAN Jakasi fikcyjna będzie postać - a może mój wymysł - już nie wiem nic. I tak bez końca. Jedna chwila... Nie wierzę już w żadną rewolucję. Samo słowo wstrętne jest jak karaluch abo i prusak czy wesz. Bo wszystko obraca się przeciw nam. Nawóz jesteśmy, jako ci dawni królowie i inteligencja w stosunku do totemowego klanu - nawóz! II CZELADNIK Dobrze, żeście nie rzekli "hej" - a to ubiłbym was. Nawóz bo nawóz, ale oni dobrze żyli. Ichnie dziwki nie śmierdziały tak jak nasze, sturba ich suka malowana, dziamdzia ich szać zaprzała! O Jezu! SAJETAN Już wszystko tak zbrzydło na tym świecie, że więcej o niczym gadać nie warto. Kona ona ludzkość pod gniotem cielska gnijącego, złośliwego nowotwora kapitału, na którym, nikiej putryfakcyjne owe bąble, faszystowskie rządy powstają i pękają, puszczając smrodliwe gazy zagniłej w sobie, w sosie własnym, bezosobowej ciżby ludzkiej. Już nic gadać nie trzeba. Wszystko je wygadane do cna. Czekać trzeba, aż się zrobi i robić, ile kto może. Czy nie jesteśmy ludzie? Może ludzie to tylko oni - a my tylko bydlęce ścierwa, z takimi wicie, Panie Święty, epifenomenami, by się jeszcze gorzej męczyć i na ich uciechę skowytać. Hej! Hej! (wali młotem w co popadło) A oni myślą tak na pewno, brzuchacze zacygarzone, ociekające takim śliskim koktejlem z ichniej rozkoszy i naszej smrodliwej, beznadziejnej w swej męce. Hej! Hej! II CZELADNIK Takeście to mądrze rzekli, że nawet to wstrętne "hej" mnie nie raziło. Przebaczyłem wam. Ale więcej tego nie róbcie - niech was ręka Boska broni. SAJETAN nie zwracając na to uwagi A to jest najgorsze, że praca nigdy nie ustanie, bo się nie cofnie ta, psiamać, machina społeczna. Ta będzie tylko pociecha, że wszyscy, jako jeden wstrętny mąż, z zapamiętaniem nieprzytomnym orać będą, że nie będzie nawet takich próżniaków... I CZELADNIK domyślnie Tych na naczelnych stanowiskach kontrolnych? SAJETAN Toś ty to sobie też myślał, brachu? Hej! Ale jak tu porównać dwa mózgi? Nie porównać - choć i to trudno - ale zrównać. Otóż pracować będą tak samo - chodzi o tę nieprzyjemność. Teraz jeszcze za dużo frajdy mają te dranie, bo jest twórczość - hej! A i ja też mogę nowy fason wymyślić, chociaż to już nie to - nie. Nie to! nie to! Zanosi się płaczem. I CZELADNIK Bidny majster! Chce mu się, aby robota była równocześnie mechaniczna i żeby duchem tę mechanikę wyosobliwiać, jak te dawne muzykanty i malarze swoje wydzieliny, w unikaty osobowego przejawu. Czy ja mówię bez sensu? II CZELADNIK Nie - tylko obco. Ja to bardziej swojsko wypowiem. A może nie warto? (pauza; nikt go nie zachęca; mówi jednak) Przykra pauza. Nikt mnie nie zachęca. Gadać jednak będę, bo mi się tak chce, że wytrzymać nie zdolen jezdem, wicie. Przyjdzie dziś pewno tu księżna ze swoim prokuratorskim psem i gadać będzie też i wiercić nama otworki w metafizycznych pępkach, jak to uni, ci pysni panowie nazywają w sobie te cukierki, co u nas wrzodami swędzącymi są i zostaną. To się wyraża w sprzecznościach, których nijak osiągnąć nie można - to są te rzeczy, ta sakra ich suka, ślachcickie odpadki, co oni nazywają swymi metafizycznymi przeżyciami. Łechcą sobie nimi spasione brzuchy, a każdy taki łecht nasyconego bydlaka to nasz ból w kiszkach. Chciałem mówić, wicie, i powiem: żyć i umrzeć, zacisnąć się w główkę od szpilki i rozprzestrzenić się na cały świat; puszyć się i tarzać w prochu... (nagła pustka we łbie nie pozwala mu mówić dalej) Nic więcej nie powiem, bo mi się nagle pusto we łbie zrobiło, jak w stodole, jak w gumnie. I CZELADNIK Tak - nie bardzoście się wysilili na ten spicz przez s, p, i "cze". Ja, wicie, Jędrek, znam Kretschmera z wykładów tej tam intelektualnej lafiryndy Zahorskiej, w naszej Wolnej Wszechnicy Robotniczej. Oj, wolna ona, wolna - raczej rozwolniona jest ta nasza Wszechnica. Sami się częstują twardą wiedzą, a na nas to tę biegunkę umysłową puszczają, aby nas jeszcze gorzej zatumanić, niż to chciały wszelkie religianty na usługach feudałów i ciężkiego się przemysłu wygłupiające. A wam mówię, Jędrek, że to schizoidalna psychologia. Nie wszyscy są tacy. To rasa ginąca. Coraz więcej jest na tym świecie pykników. Ma se radio, ma se stylo, ma se kino, ma se daktyle, ma se brzucho i nieśmierdzące, niecieknące ucho, ma se syćko jak się patrzy - czego mu trza? A sam w sobie jest ścierwo podłe, guano pogodne, przebrzydłe. To je pyknik, wiś? A taki niezadowolony ze siebie to ino mąt na świecie czyni, żeby siebie przy tym przed sobą wywyższyć i siebie sobie pokazać lepszym niż naprawdę jest - nie być, ino pokazać, i nie lepszym, ino takim fajniejszym, wyhyrniejszym. Tak ci to wyhyrma przed sobą. (po pauzie) A ja to sam nie wiem, jaki jestem: pyknik czy schizoid? SAJETAN twardo; wali w kopyto, czy coś takiego Hej! Hej! Gadacie, a życie ucieka. Ja bym chciał ich dziwki deflorować, dewergondować, nimi się delektować, jus primae noctis nad nimi sprawować, w ich pierzynach spać, ichnie żarcie żreć aż do twardego rzygu, a potem ichnim duchem od zaświatów się zachłysnąć - ale nie podrabiać to, co oni, tylko lepsze stworzyć: i nowe religie nawet - na pośmiewisko ino, i nowe obrazy, i symfonie, i poematy, i maszyny, i nową całkiem zaistną, śliczną jak moja Hania... (przerywa) E - nie będę wymawiał - świętokradztwo w ichnim języku to się zwie. (gwałtownie) A co ja mam? A co ja z tego mam?? II CZELADNIK Cichojcie!... SAJETAN Nie będę cichoł - te, frajer! Hej! Hej! Hej! Hej! Hej! (wali miotem) Syn przystał do tych tak zwanych wstrętnie "Dziarskich Chłopców". Niby organizacja takich, co chcieliby wszystko od razu; oni chcą zużyć inteligencję, chcą nikogo nie mordować, chyba że już nie można inaczej. Hej! Z prawa wchodzi prokurator Scurvy. Cylinder. Parasol. Strój żakietowy. W rękach, urękawicznionych na jasno, kwiaty żółte. SCURVY Jakże byście to chcieli: nie mordować, "chyba że już nie można". Nigdy nie można, zawsze trzeba - tak to jest. Hehe. II CZELADNIK A ten "hehe" znowu. Jeden "hej", a drugi "hehe" - wytrzymać nie można, (robi z wściekłością olbrzymi, nienaturalnie wielki but oficerski, który wyciągnął z kąta zarupiecionego na lewo. Po chwili - Scurvy patrzy nań z wyczekującym uśmieszkiem - krzyczy z rozpaczą) Ja nie chcę pracować za taką flotę! Ja nie będę? Puśćcie mnie! SCURVY zimno; uśmiech znikł jak zdmuchnięty Hehe. Droga wolna. Możecie iść i zdechnąć sobie pod płotem. Wyzwolenie jest tylko przez pracę. SAJETAN Ale ty pracujesz siedząc w fotelu, paląc dobre "papirusy", nażarty czym chcesz. "Pracownik umysłowy". Kanalia! A i zmysłowy też - hej! Śmieje się dziko. SCURVY Czy myślicie, Sajetanie, że kiedyś będzie inaczej? Czy wy naprawdę myślicie, że wszyscy będą mogli być zmechanizowani i ustandaryzowani w pracy ręcznej? Nie - zawsze będą dyrektorzy i urzędnicy wyżsi, którzy będą musieli nawet co innego jeść niż majstrzy w fabrykach, bo praca umysłowa wymaga innych składników mózgu - mózgu i jedzenia. Czeladnik II płacze. SAJETAN Hej - ale będą jeść odpowiednie preparaty bez smaku, a nie langusty i wąparsje, jak ty, prokuratorze sądu najwyższego dla społecznych nieporozumień kapitału z pracą. Ty elityczny rzezańcze! W naszych czasach, tych tam faszystowskich syndykalistów w rodzaju mego syna, ty możesz jeszcze żyć jak soliter w zepsutym bańdziochu rozkładającej się socjety. Ale jak prawdziwi syndykaliści zwalą państwo w ogóle, takich jak ty nie będzie trzeba. Będzie towarzysz-dyrektor prawdziwy, okarmiony obrzydliwymi pigułkami... Płacze. SCURVY Macie po prostu kompleks langusty - wy i wam podobni. Nie, Sajetanie, tego nie będzie nigdy. Nie może się tak zdegenerować nasz gatunek, żeby narządy trawienia skurczyły się i przystosowały do paru pigułek. Wtedy proporcjonalnie zdegenerowałoby się wszystko tak, że w ogóle żadnych problemów by nie było: byłaby kupa dogasających pierwotniaków, a nie społeczeństwo, cierpiące nieuleczalnie na zależność swych części jednych od drugich. II CZELADNIK Ja panu coś powiem: dobra byłaby każda prawda, byle nie życie osobiste. Jak pan, panie prokuratorze, odwali swoją pracę, to może pan myśleć o abstrakcjach w uniezależnieniu od swego żołądka i innych jelitalii... SCURVY No - to jest przesada... II CZELADNIK Ale nie gruba, (z rozpaczą) Mnie się chce ładnych kobiet i dużo piwa. A mogę wypić tylko dwa duże i ciągle z tą Kaśką, ciągle z tą Kaśką - a niech to cholera!... SCURVY z niesmakiem Dość... I CZELADNIK podchodząc do niego z zaciśniętymi pięściami, z ironią Dość! Panu prokuratorowi najwyższego sądu kwaśno w nosie się robi na myśl samą, że on, Jędrek, musi ciągle z tą jedną Kaśką. A sam to on je teozof. Bardzo piknę ma idejki. Ale dziwek ma, ile chce. Ale do tego chciałby tylko z jedną, a z tą się nie da - hi, hi - wszędzie są te same problemy, w stosuneczkach równolegle przesuniętych albo kolineacyjnie podobnych - hi, hi! SCURVY zimno Milcz, sflądrysynie, milcz, skurczyflaku. I CZELADNIK Cha, cha! Hej! Trafiłem, jak mi Bóg miły! Ona tu zaraz będzie, ta sadystka z twarzą aniołka, ta moralna brewilierka - niby markiza de Brinvilliéres. Dla niej męki pana prokuratora, jak musi z innymi dziwkami myśląc o jej "niedoszczygłej" somie - tak, soma to nic złego - otóż te męki są tym samym, co zaglądanie do warsztatów, w których pocimy się i zdychamy od pracowitej śmierdziączki my, i wglądanie do więzień, gdzie gniją w płciowej, raczej zapłciowej rozpaczy najtęższe samce w rozpadzie duchowym i cielesnym... SCURVY On oszalał, ale to jego szaleństwo z niemożności wytrzymania po prostu działa na mnie jak szalej. Ja wariuję! (pada na szewski zydel) Ja ją tak dobrze rozumiem, nawet w jej najgorszych kobiecych świństewkach duchowych... i tak by było dobrze... Cóż, kiedy ona woli, aby nic - och, och! Moja męka nasyca ją więcej, niżby nasycić zdołał najszaleńszy mój hipergwałt jakiś. SAJETAN O - widzicie - rozłożył się na elementy proste - nawet nie śmierdzi już. Porób pan buty - to panu dobrze zrobi - lepiej niż widok skazańców o świcie. SCURVY łkając I to wiecie nawet, Sajetanie?! Sajetanie! Jakież to straszne... Wchodzi Księżna, ubrana w szary kostium, ze wspaniałym żółtym bukietem. Daje z niego kwiaty wszystkim po kolei, nie wyłączając Scurvy'ego, który nie wstając z zydla przyjmuje je z godnością i tajoną obrazą (jak to uwidocznić na scenie? a?). Bukiet wsadza potem w ogromny, tęczowy flakon, który niesie za nią wygalowany lokaj Fierdusieńko. Fierdusieńko również trzyma na smyczy foksa, Terusia. KSIĘŻNA Dzień dobry, Sajetanie, dzień dobry. Jak się macie, jak się macie? Dzień dobry, panowie czeladnicy. Ho, ho - robota wre, jak widzę, ochoczo, jak to dawniej pisali przodkowie duchowi naszych pisarzy z osiemnastego wieku. Ochoczo - śliczne słowo. Czy pan by potrafił się ochoczo kochać, panie prokuratorze? (Teruś wącha Scurvy'ego.) Teruś, fuj! SCURVY jęcząc na zydelku Ja chcę zrobić parę butów - choć jedną! Wtedy będę godnym pani, dopiero wtedy. Wtedy potrafię zrobić, co zechcę, z kogo zechcę. Nawet z pani, dobrą, domową, kochającą kobietę - potworze najukochańszy, jedyna!... Zatyka go. SAJETAN z zabobonnym podziwem Cichojcie! Zatkało go do cna - hej! KSIĘŻNA Bezsilność pana, doktorze Scurvy, podnieca mnie do zupełnego wariactwa. Chciałabym, aby pan patrzył na to, kiedy ja - wie pan? - ten tego - tylko nie powiem z kim - jest taki cudny porucznik błękitnych huzarów życia, w dodatku ktoś z mojej klasy czy sfery, jest też pewien artysta... Niepewność pańska jest dla mnie rezerwuarem najwyuzdańszej, płciowej, samiczkowatej, bebechowato-owadziej rozkoszy - chciałabym jak samice modliszki, które ku końcowi zjadają od głowy swoich partnerów, którzy mimo to nie przestają tego - wie pan, hehe! II CZELADNIK wymawia okropnie słowa francuskie, jak pani Mąsiorkowa; trzyma olbrzymi but oficerski Kel ekspresją grotesk! Czuć podniecenie niesamowite u szewców. SAJETAN Daj mu ten oficjerski, kirasjerski, psia jego flądra, but. Niech go skończy za ciebie. Jemu takie buty są potrzebne - jemu i tym panom, dla których on wsadza bohaterów przyszłej ludzkości do pałaców swoich, pałaców jego ducha. Hołotę trzymać za mordę - oto ich najszczytniejsze hasło. Hej! Hej! Hej! I CZELADNIK A on, wicie, jeszcze jedno, wicie, ma cierpienie, towarzyszu mistrzu: on się kocha w naszym tym perwersyjnym aniołku tylko temu, co ona jest księżną, a on jest zwykły burżuj z trzeciego stanu, a nie hrabia. Takich to hrabiowie bezkarnie po pyskach prali jeszcze dwieście lat wstecz. To on cierpi i sam się pławi w swoim cierpieniu jeszcze bardziej - bez tego to go, kociego syna, nie cieszy, jak pisał sam Boy. SCURVY zrywając się; jednocześnie II Czeladnik wciska mu w objęcia olbrzymi but oficerski; Scurvy przyciska go do piersi i ryczy z emfazą. To jedno nie - tego jednego mi nie zabierajcie: jestem prawdziwym, liberalnym - w ekonomicznym znaczeniu - demokratą. SAJETAN Trafiłeś go. Tak - on żałuje, że nie liznął tego najparszywszego istnienia, jakie być może, istnienia w złudzie fikcyjnej wartości hrabskiego bytu w ostatniej połowie dwudziestego wieku. On by nie wiem co dał, aby móc być cierpiącym hrabią i ubrdać się na to całe nasze istnienie taką, wicie, subtelnością wyższości, co to, psia jego suka - a nie wiem już co. Jemu nie wystarcza, że on będzie but robił jako doktor praw i prokurator najwyższy nieomalże sądu ostatecznego - a oto (wskazuje Księżnę) ten aniołek zatrąbi mu na swych wewnętrznych organkach. KSIĘŻNA do foksa, którego uspokaja Fierdusieńko Teruś, fuj! I wy "fuj", Sajetanie! Taż to tak nie można - nie "Iza", jak mówili słowianofilscy dowcipnisie słów nijakich. To niesmaczne i koniec. Zawsze mieliście tyle taktu, a dziś?... SAJETAN Będę niesmaczny - będę! Dość smaku. Wywątrobię wszystko na smród i brud ostateczny. Niech śmierdzi wszystko, niech się na śmierć ten świat zaśmierdzi i niech się het do cna wyśmierdzi, to może potem zapachnie wreszcie; bo w nim takim, jakim jest, wytrzymać wprost nie można. Nie czują, biedni ludziska, że demokratyczne kłamstwo śmierdzi, a smród klozetu to czują, psie pary, hej! Otóż to je prawda: on by dał wszystko, aby choć jeden moment hrabią prawdziwym być. Ale nie może, biedota nieszczęsna, hej. SCURVY Litości! Przyznaję się. Dziś rano wieszali przy mnie przeze mnie skazanego hrabiego Kokosińskiego - Janusza, nie Edwarda, mordercę ulicznicy Ryfki Szczygiełes, defraudanta państwowego w Pe-Zet-Pe, biuro numer 18. Przyznaję się: ja zazdrościłem tego, że go wieszają, jego, prawdziwego arystokratę! Oczywiście, gdyby przyszło co do czego, powiesić bym się za dziewięć pałek nie dał - ale wtedy: zazdrościłem! On mówił, ten hrabia, a rzygał równocześnie ze strachu jak mops glistowaty: "Patrzcie, jak ostatni raz degobijuje prawdziwy hrabia." Och - tak móc powiedzieć raz i umrzeć. KSIĘŻNA do foksa Teruś, fuj! Ja się rozpływam wprost z nieludzkiej rozkoszy! (śpiewa -


Towarzysz 2003-04-04 11:16:12
28. ŻYD, KSIĄDZ. KSIĄDZ Ano, panie arendarzu, jutro! ŻYD Termin, ja to wim. KSIĄDZ A Mosiek jest akuratny, to dlatego trzymam z nim. ŻYD Co do czego Żyd jest nieprzydatny, to do takich rzeczy z groszem zawsze się przyda. KSIĄDZ Po chłopach jednaka bieda; nic nie sprzedam z pustym koszem. ŻYD Bierę, płacę. KSIĄDZ Daję, bierę. ŻYD Moje, twoje KSIĄDZ Twoje, moje. Chłopską biedą nie obstoję. ŻYD Patrz dobrodzij, co się dzieje, przy stołach się chłopy biją! Czepiec Maćka gruchnoł w łeb. KSIĄDZ Maciek ta ma mocną głowe. ŻYD Może mu i nic nie zrobił, może rozbił na połowe. KSIĄDZ A niech się ta chłopy biją. To Mosiek w nich wódkę leje, Żyd, chłop, wódka, stare dzieje. ŻYD A sprzedaję, bo mam sklep;- Czepiec jutro ma mnie płacić, to dziś w koło bije w pysk. KSIĄDZ Na chłopach się chcesz bogacić, drzesz podwójny zysk. ŻYD Chce dobrodzij na nich stracić, karczmę oddam. KSIĄDZ Jeszcze czas: ŻYD Czas to pieniądz. KSIĄDZ Dług rzecz święta: jutro termin. ŻYD Żyd pamięta KSIĄDZ Pomów z Czepcem. ŻYD Chamy piją. Kto by zadarł z tą bestyją? SCENA 29. ŻYD, KSIĄDZ, CZEPIEC. CZEPIEC O mnie mowa - jestem ci jo. KSIĄDZ Panie Czepiec, znów coś było! CZEPIEC Obmył sie juz, nic nie bedzie, szyćko przeńdzie, wylicy-sie. KSIĄDZ A wam to cosi patrzy-sie za te bitki, zwady, kłótnie. CZEPIEC Zawzięty jestem okrutnie, po co mi sie pies sprzeciwio. ŻYD Panie Czepiec, wyście winni, wyście zapłacić powinni za mój konicz. CZEPIEC Ty psie ścirwo konic twój? Łżesz! Z nas się żywią, ssają naszą krew - grosz łudzą, nasze szyćko świństwem brudzą. KSIĄDZ Panie Czepiec, macie dług. CZEPIEC Nawet konic nie był wart; te trzy kopki raił czart; nie dam nic. KSIĄDZ (do Żyda) Pozwijcie sądem. CZEPIEC (do Księdza) Ciewy, ciewy, z kiepskim rządem! Toć to z waszej łaski ino Mosiek w karczmie sie rozpiro. KSIĄDZ A bo wy nie chcecie płacić CZEPIEC Bo drzecie skóre aż miło. ŻYD Prawda jest, za duży czynsz! Spuści z czynszu ksiądz dobrodzij. CZEPIEC (wskazując Żyda) A, bo trzeba drzyć takiego. KSIĄDZ Jaka taksa słuszna, muszę. ŻYD (wskazując Czepca) Nie dam księdzu, aż zapłaci swój dług. KSIĄDZ (do Czepca) Płaćcie dług ! ! CZEPIEC Cy kaci? ! To któż moich groszy złodzij, czy Żyd jucha, cy dobrodzij!? KSIĄDZ Wódka- ŻYD Weź, skąd chcesz! CZEPIEC Psie dusze! ! Niech jegomość się nie gniewa, ale takim w gorącości, żebym, psiakrew, potłukł kości nawet rodzonemu bratu. SCENA 30. PAN MŁODY, GOSPODARZ PAN MŁODY Jak się kłócą, jak się łają! GOSPODARZ Ha! temperamenta grają! Temperament gra, zwycięża; tylko im przystawić oręża, zapalni jak sucha słoma; tylko im zabłysnąć nożem, a zapomną o imieniu Bożem- taki rok czterdziesty szósty- przecież to chłop polski także. PAN MŁODY A jakże to okropne, jakże... GOSPODARZ Do dziś chwalą sobie te zapusty. PAN MŁODY Znam to tylko z opowiadań, ale strzegę się tych badań, bo mi trują myśl o polskiej wsi: to byli jacyś psi, co wody oddechem zatruli, a krew im przyrosła do koszuli. Patrzę się na chłopów dziś... GOSPODARZ To, co było, może przyjś - PAN MŁODY Myśmy wszystko zapomnieli; mego dziadka piłą rżnęli... Myśmy wszystko zapomnieli. GOSPODARZ Mego ojca gdzieś zadźgali, gdzieś zatłukli, spopychali; kijakami, motykami krwawiącego przez lód gnali... Myśmy wszystko zapomnieli. PAN MŁODY Jak się to zmieniają ludzie, jak się wszystko dziwnie plecie; myśmy wszystko zapomnieli: o tych mękach, nędzach, brudzie; stroimy sie w pawie pióra. GOSPODARZ At, odmienia nas natura; wiara, co jest jeszcze w ludzie, że coś z tego przecie będzie; rok w rok idziem po kolędzie i szukamy, i patrzymy, czy co kiedy z tego będzie - ? Ot, odmienia nas natura: wicher, co nad łanem wionie; drżenie, gdzieś aż w ziemi łonie;- par, który się wsiąka, wdycha że się tak w tych zbożach tonie; chocia gleba może licha, nie trza ustępować z drogi: były bogi, będą bogi; wiara jeszcze jakaś w ludzie. PAN MŁODY Jak się wszystko dziwnie plecie..: GOSPODARZ Jak się wszystko plecie dziwno. SCENA 31. GOSPODARZ, KSIĄDZ. GOSPODARZ Ksiądz dobrodziej chce się spieszyć, chce odjechać, zaraz konie... KSIĄDZ Bardzo mile czas tu schodzi; tak sie w swoim gruncie brodzi; ciekawi ci państwo młodzi. GOSPODARZ Ciekawe, wszystko ciekawe. Strzemiennego! KSIĄDZ Strzemiennego! GOSPODARZ Kurdesz ! ! KSIĄDZ Coś staropolskiego - - GOSPODARZ Kurdesz nad kurdeszami!!! SCENA 32. HANECZKA, JASIEK. HANECZKA A, dziękuję, Jaśku. JASIEK Dobrze? HANECZKA Dobrze, dobrze - później jeszcze. JASIEK Ja bo się panienką pieszcze jak jakim świętym obrazkiem jak pisanką, malowanką. HANECZKA Jeszcze będę tańczyć z Jaśkiem. SCENA 33. KASPER, JASIEK. KASPER Jasiek, drużba, słuchaj, bratku, co ci powiem na ostatku, Zgadnij, co - ? JASIEK Nie wiem, co. KASPER Że te panny to nos chcom. JASIEK Moze -- jo tak myśle som. Kasper, drużba, słuchaj, bratku co Ci powiem na ostatku; Zgadnij, co - ? KASPER Nie wiem, no? JASIEK Że tak one ino kpiom. KASPER Co ta o to, druhny som, jesceśmy nie lada jacy. JASIEK, KASPER Albośmy to jacy, tacy. SCENA 34. JASIEK. JASIEK I Zdobyłem se pawich piór, nastroiłem pawich piór: pawie pióra ładne, pawie pióra kradne: postawie se pański dwór! II Zdobęde se pański dwór, wywleke se złoty wór: złoty wór wysypie ludziskom przed ślipie: nakupie se pawich piór! SCENA 35. PAN MŁODY, RADCZYNI. PAN MŁODY Jaki taki niech se szczeka. Czy dziwota, czy dziwota: zamiast wody, że chcę mleka; że nie gonię, kto ucieka; na konkury lat nie trwonię, jak ci, co lat kwarantannę czekają, nim zgarną pannę. RADCZYNI Mego zdania to nie zmienia. PAN MŁODY Punkt widzenia, kąt widzenia. O ten kredens, o tę szafę rozbiją się, jak o rafę, i najbardziej zakochani;- znałem takich, proszę pani, pięć lat byli zaręczeni- naraz kredens wszystko zmieni. RADCZYNI Mego zdania to nie zmienia. SCENA 36. POETA, RACHEL POETA Pani się kiedy zakocha w chłopie... RACHEL Pan może wywróży. Mam do chłopców pociąg duży, lecz być musi ładny chłopiec. Powrót, powrót do natury. POETA Nie tak trudno tego dociec nie trafia się inszy który; skarżył się już pani ociec na ten literacki ton. RACHEL Na wszystko dla mnie pozwala; nawet sobie mnie zachwala. Interesujące, co? Wyzysk, handel, ja i on - ? POETA Wszystko się w poezji topi u pani, ojciec i chłopi. RACHEL Ogromnie dużo wierszy czytałam. POETA Pisała pani kiedy? RACHEL Nie chciałam. Gust ten właśnie wielki miałam, żeby nie pisać - lichą formą się brzydzę; ale za to, kędy spojrzę, to widzę poezję żywą zaklętą, tę świętą, i tym jestem szczęśliwa: że święta i dla mnie żywa. POETA Ze świętymi pani przestaje; za pan brat z różami w ogrodzie; za pan brat z obłokami, a ku swojej wygodzie chce pani za pan brat z poetami. RACHEL Ach, pan ciągle mnie łaje - cała ta przyroda tajemna przestała mi być ciemna. POETA Choć oko wykol, noc na dworze - to pannie serce żądzą gorze i wolałaby gdzie w komorze nie sama...? RACHEL Przyszłam na chwilę, gdzie ta chata rozśpiewana, przybiegłam jak ćmy, jak motyle, co biegną - gdzie zapalona lampa - ale odejdę w pokorze do dom i będę sobie wyobrażać pana z daleka, a jak będę zakochana, przyszlę panu list i klucz. POETA A włócz się, poezjo, włócz, od komory do komory, od ogrodu róż do sadu tych śpiących drzew: widać je tu z okienka; więc, jak pójdzie panienka, a muśnie jej szal który krzew, to jej tęsknota i żal udzieli się przyciętej słomie, a z krzaka smutek i cień udzieli się nieświadomie panience... RACHEL A tak, a tak..: POETA A jak się drużba przydarzy, serduszko się drużbą pocieszy i zgrzeszy. RACHEL A tak, a tak: przez ogród pójdę, przez sad, a pan niech tu w oknie stoi. POETA Ujrzę panią rad, błądzącą przez mroczny sad, niby zakochaną i błędną, pół dziewicą, pół aniołem, pochyloną nad chochołem, jakby z obrazu Bern-Dżonsa- gdy ja będę w cieple stać. RACHEL No, nie trza się o mnie bać; nie przeziębi najgorszy mróz, jeźli kto ma zapach róż; owiną go w słomę zbóż, a na wiosnę go odwiążą i sam odkwitnie. POETA To szczytnie;- ach, pani się trochę dąsa - ? RACHEL Patrz pan różę na ogrodzie owitą w chochoł ze słomy; przed tą pałubą słomianą poskarżę się mej poezji; wyznam, jakich się herezji nasłuchałam; jak się jęto kąsać, gryźć mnie, com przyszła zakochana! Zmówię chochoł, każę przyść do izb, na wesele, tu - może uwierzycie mu, że prawda, co mówi Rachela. POETA Pani na imię Rachela - RACHEL Czy to postać rzeczy zmienia? POETA Ach, pani się zarumienia; - cieszę się pani imieniem- sproś pani, jakich chcesz, gości - imię pani tak liryczne... RACHEL Prawda, śliczne -- a teraz proszę Miłości wysłuchać.- Chcę poetyczności dla was i chcę ją rozdmuchać; zaproście tu na Wesele wszystkie dziwy, kwiaty, krzewy, pioruny, brzęczenia, śpiewy... POETA I chochoła ! RACHEL Już pan wierzy? ! Już to pana zajęło: słoma, zwiędła róża, noc, ta nadprzyrodzona Moc. POETA Może być weselna feta na wielką skalę! RACHEL A! teraz pana pochwalę. Adie - ta jedyna chwilka - pan mnie zajął, pan teraz poeta: POETA Otula się panna w szal - więc już adie?! RACHEL Nie dorosłam do wielkich skal; bawię się pour passer le temps tylko. SCENA 37. POETA, PANNA MŁODA. POETA Panno młoda, myślę sobie, że co zechcesz, to się stanie: miłość płonie z lic. PANNA MŁODA Jako, jo nie umiem nic; niby na moje zawołanie? POETA Na prośbę i rozkaz twój: żeś to dzisiaj panna młoda, jak jaśminy, jak jagoda... PANNA MŁODA I o cóz się to rozchodzi, że pon tylo się spodziwo po mnie? POETA Ty dzisiaj jesteś szczęśliwą, panno młoda - zaproś gości tych, którym gdzie złe wciórności dopiekają - którym źle- których bieda, Piekło dręczy, których duch się strachem męczy, a do wyzwoleństwa się rwie. PANNA MŁODA I po cóż te z Piekła duchy? POETA Niechaj przyjdą na podsłuchy, na Wesele, gdzie muzyka... PANNA MŁODA A to mi pon zabił ćwika; kaz się tylo luda zmieści? POETA Muzyka ich chwilę popieści; duch taki chwilę przystanie, a potem, jako dym, znika. PANNA MŁODA Pon cosi trzy po trzy bają; może się inksi poznają, o co chodzi - ot, mój mąż. SCENA 38. POETA, PANNA MŁODA, PAN MŁODY. POETA Ach! pan młody! - ty pan młody! Słuchaj, przecie ty poeta i ty dzisiaj sprawiasz Gody! PAN MŁODY Ja szczęśliwy, do gospody sprosiłbym tu cały świat: takim rad, takim rad. POETA Zaprośże tego chochoła; tam za oknem skrył się w sad. PAN MŁODY Cha cha cha - cha cha cha, przyjdź, chochole, na Wesele, zapraszam cię ja, pan młody, wraz na gody do gospody! PANNA MŁODA Jest na tyle jeść i pić, mozes sobie z nami kpić! PAN MŁODY Dla nas samych dość za wiele; przyjdź, chochole, na Wesele! PANNA MŁODA Przyjdze, przyjdze, jak mos wole! POETA Cha cha cha.. PANNA MŁODA Cha, cha, cha! Skoro północ zacznie bić, do nas tu na izbę przydź. PAN MŁODY Cha cha cha! POETA Cha cha cha... PANNA MŁODA Cy on nos tyz posłucha, bo to głucho psiajucha. PAN MŁODY Sprowadź jeszcze, kogo chcesz, ciesz się z nami, ciesz Godami! PANNA MŁODA Ciesz się, ciesz! PAN MŁODY Cha cha cha, czy on nas też posłucha-? SAJETAN TEMPE - majster szewski; rzadka bródka "dzika" i wąsy. Blondyn siwiejący. Ubrany w normalny strój szewski z fartuchem. Około 60 lat. CZELADNICY: I (JÓZEK) I II (JĘDREK). Bardzo przystojne, morowe, młode szewskie chłopy. Ubrane w normalne szewskie stroje z fartuchami. Lat około 20. KSIĘŻNA IRINA WSIEWOŁODOWNA ZBEREŹNICKA - PODBEREZKA - bardzo piękna szatynka, niezwykle miła i ponętna. Lat 27-28. PROKURATOR ROBERT SCURVY - twarz szeroka, zrobiona jakby z czerwonego salcesonu, w którym tkwią inkrustowane, błękitne jak guziki od majtek oczy. Szczęki szerokie - pogryzłyby na proszek (zdawałoby się) kawałek granitu. Strój żakietowy, melonik. Laska ze złotą gałką (tres démodé). Biały halsztuk zawinięty i ogromna w nim perła. LOKAJ KSIĘŻNEJ, FIERDUSIEŃKO - zrobiony trochę na manekina. Strój czerwony, ze złotym szamerowaniem. Czerwona króciutka pelerynka. Kapelusz stosowany. HIPER - ROBOCIARZ - ubrany w bluzę i kaszkiet. Ogolony, szerokie szczęki. W ręku kolosalny miedziany termos. DWÓCH DYGNITARZY - towarzysz Abramowski i towarzysz X. Wspaniale ubrani cywile, wysokiej inteligencji i w ogóle pierwszej marki. X ogolony - Abramowski z brodą i wąsami. JÓZEF TEMPE - syn Sajetana, lat 20. CHŁOPI - stary chłop, młody chłop i dziwka. Stroje krakowskie. STRAŻNICZKA - młoda ładna dziewczynka. Fartuszek na mundurku. CHOCHOŁ - z "Wesela" Wyspiańskiego. STRAŻNIK - normalny byczy chłopak, mundur zielony. AKT PIERWSZY Scena przedstawia warsztat szewski (może być dowolnie fantastycznie urządzony) na niewielkiej przestrzeni półkolistej. Na lewo trójkąt zapełniony kotarą wiśniowego koloru. W środku trójkąt ściany szarej z okrągławym okienkiem. Na prawo pień wyschłego pokręconego drzewa - między nim a ścianą trójkąt nieba. Dalej na prawo daleki krajobraz z miasteczkami na płaszczyźnie. Warsztat umieszczony jest wysoko ponad doliną w głębi, jakby na górach wysokich był postawiony. Sajetan w środku, dwaj Czeladnicy po bokach, I na lewo, II na prawo, pracują przy warsztacie. Z daleka dochodzi huk samochodów czy czort wie czego zresztą i ryki syren fabrycznych. SAJETAN kując młotem jakieś buty Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy. Hej! Hej! Kuj podeszwy! Kuj podeszwy! Skręcaj twardą skórę, łam sobie palce! A, do diabła - nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy! Książęce buciki! Tylko ja, wieczny tułacz, tym się tułający, że do miejsca zawsze przykuty. Hej! Kuj podeszwy dla tych ścierw! Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy - nie! I CZELADNIK przerywa mu Czy wy byście mieli odwagę zabić ją? II Czeladnik przestaje kuć podeszwy i pilnie nasłuchuje. SAJETAN Dawniej tak - teraz nie! Hej! Wywija młotem. II CZELADNIK Nie mówcie tak ciągle "hej", bo mnie to drażni. SAJETAN Mnie gorzej drażni, że buty dla nich robię. Ja, który mógłbym być prezydentem, królem tłumu - choć chwilę, choć jedną małą chwilkę. Lampiony, girlandy i słowa wokół lampionów głów, a ja, nędzny, brudny wszarz ze słońcem w piersi, błyszczącym jak tarcza złota Heliodora, jak sto Aldebaranów i Weg - ja nie umiałem mówić. Hej! Wywija miotem. I CZELADNIK Czemu nie umiecie? SAJETAN Nie dali. Hej! Bali się. II CZELADNIK Jeszcze raz powiecie "hej", a pójdem sobie od roboty precz. Nie macie pojęcia, jak mnie to drażni. A propos: a kto to Heliodor? SAJETAN Jakasi fikcyjna będzie postać - a może mój wymysł - już nie wiem nic. I tak bez końca. Jedna chwila... Nie wierzę już w żadną rewolucję. Samo słowo wstrętne jest jak karaluch abo i prusak czy wesz. Bo wszystko obraca się przeciw nam. Nawóz jesteśmy, jako ci dawni królowie i inteligencja w stosunku do totemowego klanu - nawóz! II CZELADNIK Dobrze, żeście nie rzekli "hej" - a to ubiłbym was. Nawóz bo nawóz, ale oni dobrze żyli. Ichnie dziwki nie śmierdziały tak jak nasze, sturba ich suka malowana, dziamdzia ich szać zaprzała! O Jezu! SAJETAN Już wszystko tak zbrzydło na tym świecie, że więcej o niczym gadać nie warto. Kona ona ludzkość pod gniotem cielska gnijącego, złośliwego nowotwora kapitału, na którym, nikiej putryfakcyjne owe bąble, faszystowskie rządy powstają i pękają, puszczając smrodliwe gazy zagniłej w sobie, w sosie własnym, bezosobowej ciżby ludzkiej. Już nic gadać nie trzeba. Wszystko je wygadane do cna. Czekać trzeba, aż się zrobi i robić, ile kto może. Czy nie jesteśmy ludzie? Może ludzie to tylko oni - a my tylko bydlęce ścierwa, z takimi wicie, Panie Święty, epifenomenami, by się jeszcze gorzej męczyć i na ich uciechę skowytać. Hej! Hej! (wali młotem w co popadło) A oni myślą tak na pewno, brzuchacze zacygarzone, ociekające takim śliskim koktejlem z ichniej rozkoszy i naszej smrodliwej, beznadziejnej w swej męce. Hej! Hej! II CZELADNIK Takeście to mądrze rzekli, że nawet to wstrętne "hej" mnie nie raziło. Przebaczyłem wam. Ale więcej tego nie róbcie - niech was ręka Boska broni. SAJETAN nie zwracając na to uwagi A to jest najgorsze, że praca nigdy nie ustanie, bo się nie cofnie ta, psiamać, machina społeczna. Ta będzie tylko pociecha, że wszyscy, jako jeden wstrętny mąż, z zapamiętaniem nieprzytomnym orać będą, że nie będzie nawet takich próżniaków... I CZELADNIK domyślnie Tych na naczelnych stanowiskach kontrolnych? SAJETAN Toś ty to sobie też myślał, brachu? Hej! Ale jak tu porównać dwa mózgi? Nie porównać - choć i to trudno - ale zrównać. Otóż pracować będą tak samo - chodzi o tę nieprzyjemność. Teraz jeszcze za dużo frajdy mają te dranie, bo jest twórczość - hej! A i ja też mogę nowy fason wymyślić, chociaż to już nie to - nie. Nie to! nie to! Zanosi się płaczem. I CZELADNIK Bidny majster! Chce mu się, aby robota była równocześnie mechaniczna i żeby duchem tę mechanikę wyosobliwiać, jak te dawne muzykanty i malarze swoje wydzieliny, w unikaty osobowego przejawu. Czy ja mówię bez sensu? II CZELADNIK Nie - tylko obco. Ja to bardziej swojsko wypowiem. A może nie warto? (pauza; nikt go nie zachęca; mówi jednak) Przykra pauza. Nikt mnie nie zachęca. Gadać jednak będę, bo mi się tak chce, że wytrzymać nie zdolen jezdem, wicie. Przyjdzie dziś pewno tu księżna ze swoim prokuratorskim psem i gadać będzie też i wiercić nama otworki w metafizycznych pępkach, jak to uni, ci pysni panowie nazywają w sobie te cukierki, co u nas wrzodami swędzącymi są i zostaną. To się wyraża w sprzecznościach, których nijak osiągnąć nie można - to są te rzeczy, ta sakra ich suka, ślachcickie odpadki, co oni nazywają swymi metafizycznymi przeżyciami. Łechcą sobie nimi spasione brzuchy, a każdy taki łecht nasyconego bydlaka to nasz ból w kiszkach. Chciałem mówić, wicie, i powiem: żyć i umrzeć, zacisnąć się w główkę od szpilki i rozprzestrzenić się na cały świat; puszyć się i tarzać w prochu... (nagła pustka we łbie nie pozwala mu mówić dalej) Nic więcej nie powiem, bo mi się nagle pusto we łbie zrobiło, jak w stodole, jak w gumnie. I CZELADNIK Tak - nie bardzoście się wysilili na ten spicz przez s, p, i "cze". Ja, wicie, Jędrek, znam Kretschmera z wykładów tej tam intelektualnej lafiryndy Zahorskiej, w naszej Wolnej Wszechnicy Robotniczej. Oj, wolna ona, wolna - raczej rozwolniona jest ta nasza Wszechnica. Sami się częstują twardą wiedzą, a na nas to tę biegunkę umysłową puszczają, aby nas jeszcze gorzej zatumanić, niż to chciały wszelkie religianty na usługach feudałów i ciężkiego się przemysłu wygłupiające. A wam mówię, Jędrek, że to schizoidalna psychologia. Nie wszyscy są tacy. To rasa ginąca. Coraz więcej jest na tym świecie pykników. Ma se radio, ma se stylo, ma se kino, ma se daktyle, ma se brzucho i nieśmierdzące, niecieknące ucho, ma se syćko jak się patrzy - czego mu trza? A sam w sobie jest ścierwo podłe, guano pogodne, przebrzydłe. To je pyknik, wiś? A taki niezadowolony ze siebie to ino mąt na świecie czyni, żeby siebie przy tym przed sobą wywyższyć i siebie sobie pokazać lepszym niż naprawdę jest - nie być, ino pokazać, i nie lepszym, ino takim fajniejszym, wyhyrniejszym. Tak ci to wyhyrma przed sobą. (po pauzie) A ja to sam nie wiem, jaki jestem: pyknik czy schizoid? SAJETAN twardo; wali w kopyto, czy coś takiego Hej! Hej! Gadacie, a życie ucieka. Ja bym chciał ich dziwki deflorować, dewergondować, nimi się delektować, jus primae noctis nad nimi sprawować, w ich pierzynach spać, ichnie żarcie żreć aż do twardego rzygu, a potem ichnim duchem od zaświatów się zachłysnąć - ale nie podrabiać to, co oni, tylko lepsze stworzyć: i nowe religie nawet - na pośmiewisko ino, i nowe obrazy, i symfonie, i poematy, i maszyny, i nową całkiem zaistną, śliczną jak moja Hania... (przerywa) E - nie będę wymawiał - świętokradztwo w ichnim języku to się zwie. (gwałtownie) A co ja mam? A co ja z tego mam?? II CZELADNIK Cichojcie!... SAJETAN Nie będę cichoł - te, frajer! Hej! Hej! Hej! Hej! Hej! (wali miotem) Syn przystał do tych tak zwanych wstrętnie "Dziarskich Chłopców". Niby organizacja takich, co chcieliby wszystko od razu; oni chcą zużyć inteligencję, chcą nikogo nie mordować, chyba że już nie można inaczej. Hej! Z prawa wchodzi prokurator Scurvy. Cylinder. Parasol. Strój żakietowy. W rękach, urękawicznionych na jasno, kwiaty żółte. SCURVY Jakże byście to chcieli: nie mordować, "chyba że już nie można". Nigdy nie można, zawsze trzeba - tak to jest. Hehe. II CZELADNIK A ten "hehe" znowu. Jeden "hej", a drugi "hehe" - wytrzymać nie można, (robi z wściekłością olbrzymi, nienaturalnie wielki but oficerski, który wyciągnął z kąta zarupiecionego na lewo. Po chwili - Scurvy patrzy nań z wyczekującym uśmieszkiem - krzyczy z rozpaczą) Ja nie chcę pracować za taką flotę! Ja nie będę? Puśćcie mnie! SCURVY zimno; uśmiech znikł jak zdmuchnięty Hehe. Droga wolna. Możecie iść i zdechnąć sobie pod płotem. Wyzwolenie jest tylko przez pracę. SAJETAN Ale ty pracujesz siedząc w fotelu, paląc dobre "papirusy", nażarty czym chcesz. "Pracownik umysłowy". Kanalia! A i zmysłowy też - hej! Śmieje się dziko. SCURVY Czy myślicie, Sajetanie, że kiedyś będzie inaczej? Czy wy naprawdę myślicie, że wszyscy będą mogli być zmechanizowani i ustandaryzowani w pracy ręcznej? Nie - zawsze będą dyrektorzy i urzędnicy wyżsi, którzy będą musieli nawet co innego jeść niż majstrzy w fabrykach, bo praca umysłowa wymaga innych składników mózgu - mózgu i jedzenia. Czeladnik II płacze. SAJETAN Hej - ale będą jeść odpowiednie preparaty bez smaku, a nie langusty i wąparsje, jak ty, prokuratorze sądu najwyższego dla społecznych nieporozumień kapitału z pracą. Ty elityczny rzezańcze! W naszych czasach, tych tam faszystowskich syndykalistów w rodzaju mego syna, ty możesz jeszcze żyć jak soliter w zepsutym bańdziochu rozkładającej się socjety. Ale jak prawdziwi syndykaliści zwalą państwo w ogóle, takich jak ty nie będzie trzeba. Będzie towarzysz-dyrektor prawdziwy, okarmiony obrzydliwymi pigułkami... Płacze. SCURVY Macie po prostu kompleks langusty - wy i wam podobni. Nie, Sajetanie, tego nie będzie nigdy. Nie może się tak zdegenerować nasz gatunek, żeby narządy trawienia skurczyły się i przystosowały do paru pigułek. Wtedy proporcjonalnie zdegenerowałoby się wszystko tak, że w ogóle żadnych problemów by nie było: byłaby kupa dogasających pierwotniaków, a nie społeczeństwo, cierpiące nieuleczalnie na zależność swych części jednych od drugich. II CZELADNIK Ja panu coś powiem: dobra byłaby każda prawda, byle nie życie osobiste. Jak pan, panie prokuratorze, odwali swoją pracę, to może pan myśleć o abstrakcjach w uniezależnieniu od swego żołądka i innych jelitalii... SCURVY No - to jest przesada... II CZELADNIK Ale nie gruba, (z rozpaczą) Mnie się chce ładnych kobiet i dużo piwa. A mogę wypić tylko dwa duże i ciągle z tą Kaśką, ciągle z tą Kaśką - a niech to cholera!... SCURVY z niesmakiem Dość... I CZELADNIK podchodząc do niego z zaciśniętymi pięściami, z ironią Dość! Panu prokuratorowi najwyższego sądu kwaśno w nosie się robi na myśl samą, że on, Jędrek, musi ciągle z tą jedną Kaśką. A sam to on je teozof. Bardzo piknę ma idejki. Ale dziwek ma, ile chce. Ale do tego chciałby tylko z jedną, a z tą się nie da - hi, hi - wszędzie są te same problemy, w stosuneczkach równolegle przesuniętych albo kolineacyjnie podobnych - hi, hi! SCURVY zimno Milcz, sflądrysynie, milcz, skurczyflaku. I CZELADNIK Cha, cha! Hej! Trafiłem, jak mi Bóg miły! Ona tu zaraz będzie, ta sadystka z twarzą aniołka, ta moralna brewilierka - niby markiza de Brinvilliéres. Dla niej męki pana prokuratora, jak musi z innymi dziwkami myśląc o jej "niedoszczygłej" somie - tak, soma to nic złego - otóż te męki są tym samym, co zaglądanie do warsztatów, w których pocimy się i zdychamy od pracowitej śmierdziączki my, i wglądanie do więzień, gdzie gniją w płciowej, raczej zapłciowej rozpaczy najtęższe samce w rozpadzie duchowym i cielesnym... SCURVY On oszalał, ale to jego szaleństwo z niemożności wytrzymania po prostu działa na mnie jak szalej. Ja wariuję! (pada na szewski zydel) Ja ją tak dobrze rozumiem, nawet w jej najgorszych kobiecych świństewkach duchowych... i tak by było dobrze... Cóż, kiedy ona woli, aby nic - och, och! Moja męka nasyca ją więcej, niżby nasycić zdołał najszaleńszy mój hipergwałt jakiś. SAJETAN O - widzicie - rozłożył się na elementy proste - nawet nie śmierdzi już. Porób pan buty - to panu dobrze zrobi - lepiej niż widok skazańców o świcie. SCURVY łkając I to wiecie nawet, Sajetanie?! Sajetanie! Jakież to straszne... Wchodzi Księżna, ubrana w szary kostium, ze wspaniałym żółtym bukietem. Daje z niego kwiaty wszystkim po kolei, nie wyłączając Scurvy'ego, który nie wstając z zydla przyjmuje je z godnością i tajoną obrazą (jak to uwidocznić na scenie? a?). Bukiet wsadza potem w ogromny, tęczowy flakon, który niesie za nią wygalowany lokaj Fierdusieńko. Fierdusieńko również trzyma na smyczy foksa, Terusia. KSIĘŻNA Dzień dobry, Sajetanie, dzień dobry. Jak się macie, jak się macie? Dzień dobry, panowie czeladnicy. Ho, ho - robota wre, jak widzę, ochoczo, jak to dawniej pisali przodkowie duchowi naszych pisarzy z osiemnastego wieku. Ochoczo - śliczne słowo. Czy pan by potrafił się ochoczo kochać, panie prokuratorze? (Teruś wącha Scurvy'ego.) Teruś, fuj! SCURVY jęcząc na zydelku Ja chcę zrobić parę butów - choć jedną! Wtedy będę godnym pani, dopiero wtedy. Wtedy potrafię zrobić, co zechcę, z kogo zechcę. Nawet z pani, dobrą, domową, kochającą kobietę - potworze najukochańszy, jedyna!... Zatyka go. SAJETAN z zabobonnym podziwem Cichojcie! Zatkało go do cna - hej! KSIĘŻNA Bezsilność pana, doktorze Scurvy, podnieca mnie do zupełnego wariactwa. Chciałabym, aby pan patrzył na to, kiedy ja - wie pan? - ten tego - tylko nie powiem z kim - jest taki cudny porucznik błękitnych huzarów życia, w dodatku ktoś z mojej klasy czy sfery, jest też pewien artysta... Niepewność pańska jest dla mnie rezerwuarem najwyuzdańszej, płciowej, samiczkowatej, bebechowato-owadziej rozkoszy - chciałabym jak samice modliszki, które ku końcowi zjadają od głowy swoich partnerów, którzy mimo to nie przestają tego - wie pan, hehe! II CZELADNIK wymawia okropnie słowa francuskie, jak pani Mąsiorkowa; trzyma olbrzymi but oficerski Kel ekspresją grotesk! Czuć podniecenie niesamowite u szewców. SAJETAN Daj mu ten oficjerski, kirasjerski, psia jego flądra, but. Niech go skończy za ciebie. Jemu takie buty są potrzebne - jemu i tym panom, dla których on wsadza bohaterów przyszłej ludzkości do pałaców swoich, pałaców jego ducha. Hołotę trzymać za mordę - oto ich najszczytniejsze hasło. Hej! Hej! Hej! I CZELADNIK A on, wicie, jeszcze jedno, wicie, ma cierpienie, towarzyszu mistrzu: on się kocha w naszym tym perwersyjnym aniołku tylko temu, co ona jest księżną, a on jest zwykły burżuj z trzeciego stanu, a nie hrabia. Takich to hrabiowie bezkarnie po pyskach prali jeszcze dwieście lat wstecz. To on cierpi i sam się pławi w swoim cierpieniu jeszcze bardziej - bez tego to go, kociego syna, nie cieszy, jak pisał sam Boy. SCURVY zrywając się; jednocześnie II Czeladnik wciska mu w objęcia olbrzymi but oficerski; Scurvy przyciska go do piersi i ryczy z emfazą. To jedno nie - tego jednego mi nie zabierajcie: jestem prawdziwym, liberalnym - w ekonomicznym znaczeniu - demokratą. SAJETAN Trafiłeś go. Tak - on żałuje, że nie liznął tego najparszywszego istnienia, jakie być może, istnienia w złudzie fikcyjnej wartości hrabskiego bytu w ostatniej połowie dwudziestego wieku. On by nie wiem co dał, aby móc być cierpiącym hrabią i ubrdać się na to całe nasze istnienie taką, wicie, subtelnością wyższości, co to, psia jego suka - a nie wiem już co. Jemu nie wystarcza, że on będzie but robił jako doktor praw i prokurator najwyższy nieomalże sądu ostatecznego - a oto (wskazuje Księżnę) ten aniołek zatrąbi mu na swych wewnętrznych organkach. KSIĘŻNA do foksa, którego uspokaja Fierdusieńko Teruś, fuj! I wy "fuj", Sajetanie! Taż to tak nie można - nie "Iza", jak mówili słowianofilscy dowcipnisie słów nijakich. To niesmaczne i koniec. Zawsze mieliście tyle taktu, a dziś?... SAJETAN Będę niesmaczny - będę! Dość smaku. Wywątrobię wszystko na smród i brud ostateczny. Niech śmierdzi wszystko, niech się na śmierć ten świat zaśmierdzi i niech się het do cna wyśmierdzi, to może potem zapachnie wreszcie; bo w nim takim, jakim jest, wytrzymać wprost nie można. Nie czują, biedni ludziska, że demokratyczne kłamstwo śmierdzi, a smród klozetu to czują, psie pary, hej! Otóż to je prawda: on by dał wszystko, aby choć jeden moment hrabią prawdziwym być. Ale nie może, biedota nieszczęsna, hej. SCURVY Litości! Przyznaję się. Dziś rano wieszali przy mnie przeze mnie skazanego hrabiego Kokosińskiego - Janusza, nie Edwarda, mordercę ulicznicy Ryfki Szczygiełes, defraudanta państwowego w Pe-Zet-Pe, biuro numer 18. Przyznaję się: ja zazdrościłem tego, że go wieszają, jego, prawdziwego arystokratę! Oczywiście, gdyby przyszło co do czego, powiesić bym się za dziewięć pałek nie dał - ale wtedy: zazdrościłem! On mówił, ten hrabia, a rzygał równocześnie ze strachu jak mops glistowaty: "Patrzcie, jak ostatni raz degobijuje prawdziwy hrabia." Och - tak móc powiedzieć raz i umrzeć. KSIĘŻNA do foksa Teruś, fuj! Ja się rozpływam wprost z nieludzkiej rozkoszy! (śpiewa -


dazo maniak 2003-04-04 14:45:28
kurwa jakis pajac wkleil na pol strony jakis kretynski tekst nie ma nawet cos napisac pozdrawiam fanow kazika spotkamy sie na koncecie.


Gangster 2003-04-04 16:46:35
No raczej się ciesze, zajebiste kawałki, zajebista grupa, przede wszystkim zajebisty wokalista,jednym słowem zajebiście PS: A ile mają bilety stać?


Towarzysz 2003-04-05 15:14:18
Drogi Dazo manniaku to nie kretyński tekst tylko fragmety literatury pieknej... klasyki polskiej literatury. Pozdrawiam


Dorian 2003-04-06 16:45:39
Drogi Towarzyszu! Owszem, racje masz! Ale w jakim celu zamieszczasz to w miejscu tem, a? Pozdrawiam


gringo 2003-04-07 12:33:10
Co to za jakiś kutas tekst taki długi zamieści


g_jastrzebski 2003-04-08 15:50:16
W jakiej cenie bilety wstepu i czy wpuszczaja troche mlodszych niz 18latkow? o ktorej koncert sie zaczyna?


g_jastrzebski 2003-04-08 15:57:40
W jakiej cenie bilety wstepu i czy wpuszczaja troche mlodszych niz 18latkow? o ktorej koncert sie zaczyna?


waldorf 2003-04-08 17:40:12
Jarosław też się wybiera.Będzie zajebista jazda!!!!!!!


pebe 2003-04-09 13:37:47
jak Jarosław się wybiera to będzie dzień świra :)


leszok 2003-04-09 13:51:07
zajebiscie.tyle ze mam w ten dzien bierzmowanie :((( ale sie wyrwe jakos:).dla kazia wszystko.tyle sie czekalo na ten koncert wiec trza isc!!!!!!!!!


Serek 2003-04-09 17:05:48
Kazik jesteś zajebisty znam prawie każdą twoją piosenke,słucham cie od 11 roku życia.Masz świetne piosenki a każdy kto uważa inaczej jest pedałem i niech se wsadzi komentarze do ryja.


koloTEK 2003-04-10 12:33:07
AVE!!! FNANI KNZ-tu z Tarnobrzegu tez się pojawią i znowu bedzie zajebiscie jak to zwykle na Kulcie czy KNZ-cie. Pozdrowienia dla wszystkich ktorzy będą w AKADEMII 29.04. PS: Jak pokażą sie bilety nich ktoś zamieści info o cenie i o godz. rozpoczecia koncertu. POZDRO.


koloTEK 2003-04-10 12:59:52
Widzę że info już jest:-)))Do zobaczenia 29.04. AVE KNZ


Dorian 2003-04-10 16:12:11
Na support - S.P.E.C - moc ;))


Pająk ,Bohomaz and Janczar 2003-04-11 12:50:51
Czekałem 1,5 roku isie doczekałem.Idą z nami: Nosal, Pająk, Hubert, Marta,Slimaki , komary z 1000lecia.Zapraszamy na winko za Akademią przed koncertem.,,to nie moje są słowa to legendaludowa"


mada 2003-04-12 10:17:31
zapraszamy na CAVALIERA POD MONOPOLKĄ PRZY SUPER SAMIE OBOK STACJI


igi 2003-04-13 09:37:50
mam nadzieje że coś kazik pokażesz bo bez obrazy po tej najnowszej płycie można stwierdzić że sie tylko starzejesz ale zawsze będe cie cenił za twoje starszepłyty :-)


info 2003-04-13 15:35:16
bilety w cenie 27 zł.a w dniu imprezy jeszce nie wiem wstęp pewnie od 16 ale i tak nigdy nigdy nie sprawdzajaą:)także młodsza ekipa tesh się może ładować:)wjazd od 19:30.pozdrawiam i dozobaczenia w POGO:)))))))))))))


offca 2003-04-14 00:17:52
luudzie knz w rzeszowie cool i jeszcze jedno nie wklejac na stronie przydługawych textóf nie związanych z kaziem Troche szacunku proszę


tomekk 2003-04-14 10:59:58
w dniu koncertu 35 zł, trochę mnie cena zaskoczyła tak samo jak ta gadka o londynie, jeżeli naprawdę dadzą z siebie wszystko to cene przebolę


Pala 2003-04-14 12:06:46
Kozaki z Lubaczowa też tam będą!!!


bzor 2003-04-14 13:47:45
jak mam jeszcze coś do powiedzenia tajemniczemu nieznajomemu z ksywą "TOWARZYSZ". Wsadź ty sę w dupę swoją literaturę


bzor 2003-04-14 13:53:06
na chuj komuś w tym serwisie twoja literatura - możesz se ją w kiblu czytać, albo wieczorem razem z twoim fagasem.


fani 2003-04-15 16:01:46
Fani KNZ prosza aby kazik przyjechal do Tarnowa .Prosze nas wysluchać. A w Rzeszowie i tak bedziemy.


Synthia 2003-04-16 10:32:55
Kolbuszowa juz jedzie razem z mielcem mam nadzieje ze bendzie dobra zabawa!!!


Dorian 2003-04-16 12:40:03
Si! Kolbuszowa jedzie ;) pozdrawiam - Dorian


Rufio 2003-04-16 15:14:38
Mam nadzieje ze nie bedzie takich hujow jak Towarzysz


Metal szlachetny 2003-04-17 11:25:04
Ave. Muszą młócić naprawdę ostro i ciężko bo jak nie to będe zawiedzony... 27 zetów w końcu do czegoś zobowiązuje. Mam nadzieje że nie odwalą jakieś kichy.


Blobber 2003-04-20 22:05:02
Jaroslaw, Lubaczów, Kolbuszowa...itd..Mielec...itd...Tarnów...itd... BA !!! Nawet/Nawed* Rzeszów bedzie!!! Pozdrowienia dla wszystkich!! ___________________________ * - niepotrzebne skreslic


Blobber 2003-04-20 22:11:48
Jaroslaw, Lubaczów, Kolbuszowa...itd..Mielec...itd...Tarnów...itd... BA !!! Nawet/Nawed* Rzeszów bedzie!!! Pozdrowienia dla wszystkich!! ___________________________ * - niepotrzebne skreslic


Dorian 2003-04-21 08:59:31
Blobber.. My sie znamy, cio? Tu recreativ. pozdrawiam Do zobaczenia


Blobber 2003-04-23 14:18:47
Do zobaczenia


Ozzy 2003-04-23 18:14:53
a co z supportem? bo wczesniej pisalo ze bedzie a teraz nie pisze


Towarzysz 2003-04-24 14:56:08
Do wszystkich wielbicieli Towarzysza za chwile dalszy ciag Literatury Pieknej... apropos i ja bede na koncercie wezme ze soba pare ksiazek :-) Szacunek!!!


Towarzysz 2003-04-24 15:00:25
- A pono pierwszy do obrony to ano chłop Hanki... cieka się on za Jagną kiej ten pies.:. - Laboga... moiściewy... cudeńka prawicie... Hale! to by już grzech i obraza boska była... - szeptały do siebie kopiąc i nie podnosząc głów. - A bo to on jeden... a to jak za suką, tak chłopaki za nią ganiają. - A bo też urodę ma, to ma; wypasiona kiej jałowica, biała na gębie, a ślepie to ma rychtyk jak te lnowe kwiatki... a mocna, że i niejeden chłop jej nie uradzi... , - A bo to co robi, ino żre a wysypia się, to nie ma urodna być... Milczały długą chwilę, bo trzeba było kartofle wysypywać na kupę. A potem już z rzadka pogadywały to o tym, to o owym aż i zamilkły, bo któraś dojrzała, że od wsi rżyskiem bieży Józka Borynianka. , Jakoż i ta nadbiegała zziajana i już z daleka krzyczała: - Hanka, a chodźcie ino do chałupy, bo krowie się cosik stało. - Jezus Maria, a której?... - A to ci graniastej... a to ci... tchu złapać nie mogę..- - Loboga, aże mnie zatknęło, myślałam, że mojej...-zawołała z ulgą Anna. - Witek ją co dopiero przygnał, bo gajowy ich wypędził z zagajów. Krowa się zlachała, bo taka śpaśna... i zaraz przed oborą upadła... i ani pić nie pije, ani żreć nie żre, ino się tarza, a ryczy, że loboga! - Ojca to nie ma? - Ni, tatulo jeszcze nie przyjechali. O Jezus, mój Jezus, taka krowa, co na raz dobrze i garniec mleka dawała. A chodźcież rychło. - Duchem ci lecę, w to oczymgnienie. Jakoż i wyjęła dziecko z płachty, nadziała mu czapeczkę z kutasikami, okręciła zapaską i poszła żywo, a taka była strwożona wieścią, że nawet nie opuściła wełniaka, zapomniała do cna, aż jej odsłonięte do kolan nogi bieliły się po roli. Józka biegła przodem. A kopacze, każdy okrakiem nad swoją redliną, posuwali się z wolna, kopiąc leniwiej, jako że nikt nie pilił i nie poganiał. Słońce już się przetaczało na zachód i jakby rozżarzone biegiem szalonym czerwieniło się kołem ogromnym i zsuwało za czarne, wysokie lasy. Mrok gęstniał i pełzał już po polach; sunął bruzdami, czaił się po rowach, wzbierał w gąszczach i z wolna rozlewał się po ziemi, przygaszał, ogarniał i tłumił barwy, że tylko czuby drzew, wieże i dachy kościoła gorzały płomieniami. A niektórzy ściągali już z pól do domów. Głosy ludzkie, rżenia, porykiwania, turkoty wozów coraz ostrzej brzmiały w cichym, omroczonym powietrzu. Sygnaturka na kościele zaczęła dzwonić Anioł Pański spiżowym świergotem, że ludzie przystawali i szept pacierzów, niby szemranie opadających listków, padał w mroki. Ze śpiewami a pokrzykami wesołymi spędzano bydło z pastwisk, co ciżbą szło drogami w tumanach kurzawy, że tyłko raz w raz wychylały się z niej głowy potężne i rogi krzaczaste. Owce pobekiwały tu i ówdzie, to gęsi zerwały się z pastwisk i stadami leciały, całe w zorzach zachodu zatopione, że tylko krzyk przenikliwy znaczył je w powietrzu. - Ale szkoda, ta graniasta to sielna krowa. - I..: nie na biedaka trafiło. - A tak i bydlątka żal, co się zmarnuje. - Gospodyni Boryna nie ma, to wszystko leci kiej przez sito. - A bo to Hanka nie gospodyni? - La siebie... jakby na komornym u ojca siedzą, tu juści patrzą, aby ino na swoją stronę coś niecoś urwać, a ojcowego niechta pies pilnuje. - A Józka, że to jeszcze skrzat głupi, to i cóż poradzi? -Hale, abo to Boryna nie mógłby gront oddać Antkowi, co? - A sam pójdzie do nich na wycug, co?... Starzyście. Wawrzku, a do cna jeszcze głupi - zaczęła żywo Jagustynka. - Ho, ho, Boryna jeszcze krzepki, może się ożenić, a głupi by był, żeby dzieciom zapisywał. - Hale, krzepki to juści, że jest, ale już ma ze sześćdziesiąt roków. - Nie bój się, Wawrzku, każda młódka pójdzie za niego, niechby tylko rzekł. - Już dwie żony pochował. - Niech se pochowa i trzecią, Panie Boże mu pomóż, a niech dzieciom, póki żyw, nie daje ni staja, ni liszki jednej, ni tyle, co trepem przydepnie. Ścierwy, wyrychtowałyby go, kiej moje mnie. Dałyby mu wycugi że na wyrobek by chodził, z głodu by zdychał abo i na żebry, po proszonym szedł. Oddaj ino, co masz, dzieciom - to ci oddadzą; rychtyk ci tego starczy na sznureczek abo i na ten kamień do szyi... - Ludzie, a to czas do domu, mroczeje. - Czas, czas! Słońce już zaszło. Pozbierali prędko motyczki, koszyki, to dwojaki od obiadów i szli wolno gęsiego miedzą, pogadując coś niecoś,a tylko stara Jagustynka wykrzykiwała wciąż namiętnie na dzieci własne, a potem już i na wszystkich pomstowała. A równo z nimi jakaś dziewczyna gnała maciorę z prosiętami i śpiewała cienkim głosikiem: Aj, nie chodź kiele woza, Aj, nie trzymaj się osi, Aj, nie daj chłopu gęby,- - Cie, głupia, wrzeszczy, kiejby ją kto ze skóry obdzierał ROZDZIAŁ 2 Na Borynowym podworcu, obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskimi, a z czwartej sadem, który go oddzielał od drogi, już się zebrało dość narodu; kilka kobiet radziło i wydziwiało nad ogromną czerwono-białą krową, leżącą przed oborą na kupie nawozu. Stary pies, kulawy nieco i z oblazłą na bokach sierścią, oganiał graniastą, obwąchiwał ją, szczekał, to wypadał w opłotki i gnał dzieci na drogę, co się były wieszały na płotach i zazierały ciekawie w obejście, albo docierał do maciory, co legła pod chałupą i rozwalona jęczała cicho, bo ssały ją białe, młode prosięta. Hanka nadbiegła właśnie zziajana, przypadła do krowy i jęła ją głaskać po gębuli i łbie. - Granula, biedoto, granula! - wołała łzawo, aż buchnęła płaczem i lamentem serdecznym. A kobiety radziły raz w raz nowe ratowanie chorej; to sól rozpuszczoną wlewali jej w gardło, to topiony z poświęcanej gromnicy wosk z mlekiem; radził ktosik mydła z serwatką - insza znowu wołała, żeby krew puścić-ale krowie nic nie pomagało, wyciągała się coraz dłużej, niekiedy podnosiła łeb i porykiwała długo, jakby o ratunek, boleśnie, aż jej piękne oczy o białkach różowych mętniały mgłą i ciężki, rogaty łeb opadał z wysilenia, że ino wysuwała ozór i polizywała ręce Hanki. - A może by Ambroży co poradził? - zaproponowała któraś. - Prawda, na chorobach on jest znający - zawtórowali. Bieżyj no, Józia! Na Anioł Pański dzwonili, to musi jeszcze być przy kościele Laboga, a jak ociec nadjadą będzie to pomstowanie, będzie. - A przeciech my niczego niewinowate! -narzekała płaczliwie. A potem siadła na progu obory, wsadziła chłopakowi w usta, bo popłakiwał, białą, pełną pierś i z trwogą niezmierną spoglądała na krowę rzężącą, to przez opłotki na drogę i nasłuchiwała. W pacierz abo i dwa wpadła Józia z krzykiem, że Jambroży już idą. Jakoż i przyszedł zaraz dziad może stuletni, prosty jak świeca, twarz miał suchą, pomarszczoną jak kartofel na zwiesnę i szarą takąż, wygoloną i pociętą szramami, włosy białe jak mleko kosmykami opadały mu na czoło i kark, bo był z gołą głową. Poszedł prosto do krowy i dokumentnie ją obejrzał. - Oho, widzę, że świeże mięso jedli będzieta. - A dyć jej pomóżcie co, wylekujcie, a toć krowa ze trzysta złotych warta - i dopiero po cielęciu, a dyć pomóżcie! O mój Jezu, mój Jezu! - zawołała Józia. Ambroży wyjął z kieszeni puszczadło, powecował je po cholewie, przyjrzał się pod zorzę ostrzu i przeciął granuli arterie pod brzuchem - ale krew nie trysnęła, a ciekła wolno czarna, spieniona. Stali wszyscy dokoła pochyleni i patrzyli bez oddechu. - Za późno! Oho, bydlątko ostatnią parę puszcza - rzekł uroczyście Ambroży. - Nic to, ino paskudnik albo i co innego... trza było zaraz, kiej zachorzała... ale te baby to ino juchy do płakania są mądre, a jak trza radzić, to w bek kiej owce. - Splunął pogardliwie, obszedł krowę, zajrzał jej w oczy, przyjrzał się ozorowi, obtarł zakrwawione ręce o jej miękką, lśniącą skórę i zabierał się do odejścia. - Na ten pochowek dzwonił nie będę; zadzwonita w garki sami. - Ociec z Antkiem! - krzyknęła Józka i wybiegł na drogę naprzeciw, bo głuchy, ciężki turkot rozległ się z drugiej strony stawu, gdzie z rozczerwienionej zorzam zachodu kurzawie czerniał długi wóz i konie. - Tatulu, a to... graniasta już zdycha - wołała, dobiegając do ojca, który skręcał właśnie na tę stronę stawu. Antek szedł w końcu i podtrzymywał, bo wieźli długą sosnę. - Nie pleć byle czego po próżnicy - mruknął podcinając konie. - Jambroży puszczali krew i nic... i wosk topiony lali jej w gardziel i nic... i sól... i nic... pewnie paskudnik...Witek pedał, co borowy wygnał ich z zagajów i co granula zara się pokładała i stękała, jaże ją i przygnał... - Graniasta, najlepsza krowa, ażeby was, ścierwy, pokręciło, kiej tak pilnujecie! - rzucił lejce synowi i z batem w garści pobiegł przodem. Baby się rozstąpiły, a Witek, który cały czas coś najspokojniej majstrował pod chałupą, skoczył w ogród i przepadł ze strachu, nawet Hanka podniosła się na progu i stała bezradna, strwożona. - Zmarnowali mi bydlę!... - wykrzyknął wreszcie stary, obejrzawszy krowę. - Trzysta złotych jak w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować nie ma kto. Taka krowa, taka krowa! A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek... - Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu- tłumaczyła się cicho Hanka. - A bo ty co kiej widzisz! - krzyknął z wściekłością.- A bo ty stoisz o moje!... Taka krowa, taki haman, że i drugiej nie w każdym dworze by znalazł! Wyrzekał coraz żałośniej i obchodził ją, próbował podnieść, ciągał za ogon, zaglądał w zęby, ale krowa dyszała chrapliwie i coraz ciężej, krew przestała płynąć, tylko krzepła w czarne, spieczone żużle - wyraźnie już zdychała - Nie ma co, ino ją trza dorznąć, choć tyla się wróci! - rzekł w końcu, przyniósł kosę ze stodoły, poostrzył ją nieco na taczalniku, co stał pod okapem obory, rozdział się ze spencerka, zawinął rękawy koszuli i zabrał się do zarzynania... Hanka z Józią buchnęły płaczem, bo granula, jakby czując śmierć, uniosła z trudem łeb, zaryczała głucho i... padła z przerzniętym gardłem, grzebiąc ino nogami... Pies zlizywał krzepnącą na powietrzu krew, a potem skoczył na doły od kartofli i szczekał na konie stojące z wozem w opłotkach, bo tam je zostawił Antek, a sam spokojnie przyglądał się jatce. - Nie bucz, głupia! Ojcowa krowa to nie nasza strata powiedział ze złością do żony i zabrał się do wyprzęgania i rozbierania koni, które już Witek ciągnął za grzywy do stajni. - Ziemniaków w polu dużo? - zagadnął Boryna, myjąc pod studnią ręce. - A bogać tam mało, będzie ze dwadzieścia worków'. - Trzeba dzisiaj zwieźć. - Hale, zwoźcie se sami, ja już kulasów nie czuję ni krzyża... a i licowy kuleje na przednią. - Józka, zwołaj no Kubę od kopania, niech źróbkę założy za licowego i trza dzisiaj zwieźć. - Deszcz ano być może. Ale wrzał złością i zmartwieniem, bo coraz to przystawał przed krową i klął siarczyście, a potem łaził po podwórzu i zaglądał to do obory, to do stodoły, to pod szopę i sam nie wiedział, czego szuka, żarła go ano taka strata. - Witek! Witek! - jął wołać i odpinał szeroki rzemień z bioder, ale chłopak się nie pokazał. Ludzie się porozchodzili, bo rozumieli, że taka szkoda i taka markotność musi się skończyć bitką, jako że do niej Boryna był skory zazwyczaj, ale stary klął tylko dzisiaj i poszedł do izby. - Hanka, a daj no jeść! - krzyknął na synową w otwarte okno i poszedł na swoją stronę. Dom był zwykły, kmiecy - przedzielony na przestrzał sienią ogromną; szczytem wychodził na podwórze, a frontem czterookiennym na sad i na drogę. Jedną połowę od ogrodu zajmował Boryna z Józią, a na drugiej siedzieli Antkowie. Parobek ż pastuchem sypiali przy koniach. W izbie było już czarniawo, bo przez małe okienka, przysłonięte okapem i zagajone drzewami, mało przeciskało się światła, a i mroczało już na świecie, że tylko połyskiwały szkła obrazów świętych, co rzędem czerniły się na bielonych ścianach; izba była duża, ale przygnieciona czarnym pułapem i ogromnymi belkami pod nim, i tak zastawiona różnym sprzętem, że tylko koło wielkiego komina z okapem, co stał przy siennej ścianie, było niecoś swobodnego miejsca. Boryna się rozzuł i poszedł do ciemnego alkierza, zamykając drzwi za sobą, odsunął ż małej szybki deskę, że zachodnie światło krwawym brzaskiem zalało alkierz. Izdebka pełna była różnych rupieci i statków gospodarskich, na drążkach, w poprzek przewieszonych, wisiały kożuchy, czerwone pasiaste wełniaki, białe sukmany, to całe pęki motków szarej przędzy i zwinięte w kłęby brudne runa owiec i worki z pierzem. Wyciągnął białą sukmanę i pas czerwony, a potem długo czegoś szukał w beczkach napełnionych zbożem, to w kącie pod stosem starych rzemieni i żelastwa, aż usłyszawszy Hankę w pierwsze izbie, zaciągnął deskę na okienko i znowu coś długo grzebał w zbożu. A na ławie pod oknem już się dymiło jadło; od ogromnego tygla z kapustą rozchodził się zapach słoniny, jak od jajecznicy, której niezgorsza miseczka stała obok. - Gdzie Witek pasł krowy? - zapytał, krając potężny glon chleba z bochna jak przetak wielkiego. - Na dworskich zagajach i borowy go stamtąd wygonił. - Ścierwy, zmarnowali mi bydlę. - Przecięch, tylo krowa, to się złachała w tym gonieniu, że się w niej cosik zapaliło. - Dziadaki, psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół a one cięgiem wyganiają i pedają, co ich. - Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił... - Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic. - Pewnie, pewnie - przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali. - Powiedzcie Antkowi, że skoro ziemniaki zwiezą, to niech się wezmą do krowy, trza ją obłupić i poćwiertować. Przyndę od wójta, to wama pomogę. W sąsieku u belki ją powiesić - będzie przespiecznie ode psów lebo jenszej gadziny... Skończył wrychle jeść i wstał, bych się nieco przyogarnąć, ale takie ociążenie poczuł w sobie, takie ciągotki w kościach, taką senność, że jak stał, rzucił się na łóżko by się z pacierz przedrzymać. Hanka poszła na swoją stronę i krzątała się po izbie, i coraz to wychylała się przez okno spojrzeć na Antka, który pożywiał się na ganku, przed domem; odsadził się od miski obyczajnie i z wolna ciągnął łyżkę za łyżką, skrzybiąc mocno o wręby i spozierając czasami przed się na staw - bo zachód już był i na wodzie czyniły się złotopurpurowe tęcze i płomienne koliska, przez które niby białe chmurki przepływały z gęgotem gęsi, rozlewając dziobami sznury krwawych pereł. Wieś zaczynała się mrowić i wrzeć ruchem; na drodze z obu stron stawu, ciągle podnosiły się kurzawy i turkoty wozów, i porykiwania krów, które wchodziły do stawu po kolana, piły wolno i podnosiły ciężkie łby, aż cienkie strugi wody, niby bicze opali, opadały im z szerokich gębul. Gdzieś, od drugiego końca stawu, słychać było trzask kijanek bab piorących i głuchy, monotonny łopot cepów w jakiejś stodole. - Antek, urąb no pieńków, bo sama nie poradzę-prosiła nieśmiało i z obawą, bo nic to nie było u niego skląć abo i zbić z leda powodu. Nie odrzekł nawet, jakby nie słyszał, że ona nie śmiała powtórzyć i już sama poszła udziabywać trzaski z pni - i milczał zły, zmęczony całodzienną pracą srodze, i patrzył teraz na staw, na drugą stronę, w duży dom, świecący białymi ścianami i szybami okien, bo zachód bił w niego. Pęki czerwonych georginii wychylały się zza kamiennego płotu i paliły jaskrawo na tle ścian, a przed chałupą, w sadzie, to między opłotkami uwijała się wysoka postać, ale twarzy rozeznać nie można było, bo co chwila ginęła w sieni, to pod drzewami. - Śpią se kiej dziedzic, a ty, parobku, rób - mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało się aż na ganku. Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie. - Juścik, ojcowa krowa ale i nasza strata - rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza. - Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko. - Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził. - Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki-szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły na roścież. - Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry - rzucił Antek. I już nie mówili, słychać było tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniaków. Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego złota i posypywały, na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym. Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych. Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały żarłoczne ryje do cebratek, gdzie stało picie dla bydląt, to krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały przy dojeniu. Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho, trwożnie: - Józia, a gospodarz źli?... - O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali - odpowiedziała, wytykając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much. - Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał. Zamilkł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem. - Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam...bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam... - Głupiś, parobek tyli, a boja się... już ja przełożę tatusiowi.. . - Przełożysz, Józia? - zawołał radośnie - bo to borowy mię wygnał z krowami, bo... - Przełożę, Witek, ino się już nie bojaj! - Kiej tak... to naści tego ptaka! - szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. - Obacz ino, jak się sam rucha. Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować... - Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! - zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła. - Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co? - A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie - o... - odwrócił go i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję podnosił nogi i szedł. Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka - podziw w nich był a zdumienie. - Józia! - rozległ się głos Boryny sprzed chałupy. - A czegój? - odkrzyknęła. - Chodzi ino. - Kiej dojem krowy. - Pilnuj tu, bo idę do wójta -powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory - nie ma tutaj tego znajdka co? - Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni... - odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu. - Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę - mruczał powracając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnymi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi. - Roboty jeszcze tyla... zwózka drzewa... siew nie skończony... kapusta w polu... ściółka nie wygrabiona... podorać by trza na kartofle... dobrze by i pod owsy... a tu jedź na sądy... Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie... że i wyspać się nie ma czasu ni odpocząć... - rozmyślał. - A tu i ten sąd... Tłumok ścierwa, hale, ja z nią sypiałem... żebyś ozór straciła... lakudro jakaś... suka... - splunął ze złością, nabił fajeczkę machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił. Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości i żale za krową raz w raz go markociły i rozbierały. A tu ani odbić się na kim, ani wyżalić, nic... sam jak ten kołek; sam o wszystkim myśl, sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogój słowa przemówić i rady znikąd ni pomocy - a ino strata i upadek... a wszystkie to kiej te wilki za owcą... a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały... Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzieniegdzie jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania. Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę. Ho! ho!... przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się tak granuli... gospodyni to była, gospodyni!... Juści, że i mamrot, i przeklętnica też, że i dobrego słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła... ale zawżdy żona i gospodyni! - Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypominał, jak to bywało... Przyszedł z roboty, spracowany - to i jeść tłusto dała, i często gęsto kiełbasy podtykała kryjomo przed dzieciskami... A jak się wszystko darzyło!... i cielaki, i gąski, i prosiaki... że co jarmarek było z czem jeździć do miasta, i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku... A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi... A teraz co?... Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie... Hanka kiej ta ćma łazi, a choru je jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze... Toć i marnieje wszystko... granule trza było dorznąć... we żniwa wieprzak zdechł... wrony gąski tak przebrały, że z połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito wszyćko leci, przez sito... - Ale nie dam! - wykrzyknął prawie głośno - póki rucham tymi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę... Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci... nie dam... - Niech będzie pochwalony! - zabrzmiał jakiś głos. - Na wieki!... - odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa osada leżała trochę w głębi. W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły. Wszedł prosto do świetlicy. - Wójt doma? - zapytał tłustej kobiety, klęczącej przykołysce i karmiącej dziecko. - Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie, Macieju, a dyć i ci też czekają na niego - wskazała ruchem brody na dziada siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwiące pod siwymi, krzaczastymi brwiami... - Skąd to Pan Bóg prowadzi? - zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia. - Ze świata, a skądże by, gospodarzu? - odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę. - Zażyjcie, gospodarzu. Maciej zażył rzetelnie i kichnął raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły. - Tęga jucha! - i rękawem tarł załzawione oczy. - Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy. - Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie. - Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?... - A juści, żeście to rozeznali?... no, no. - Po głosie ino, po gadaniu. - Cóż ta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem? - Moiściewy, a cóż by! - A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają. - Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest. - Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie. - A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni? - zapytała wójtowa. - Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Częstochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj, Burek! bo to pewnikiem wójt! - pociągnął sznurkiem i pies warczeć przestał. Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał: - Żono, jeść, bom głodny kiej wilk - jak się macie, Macieju; a wy czego, dziadu?... - Ja do was, Pietrze, wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro. - Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach - dobrze i tam będzie, a ostawicie przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę, to pacierz za was zmówię jeden abo i drugi... jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę... - Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie... I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie skwarkarni, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko. - Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest - zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę. - Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł... - Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie... - Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł - rzucił dziad. Boryna wzdragał się, ale w końcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał z wolna, delikatnie, jak obyczaj kazał. A wójtowa raz w raz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała. Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła. - Cicho, Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu. - To Jewka was podobno zaskarżyła - zaczął wójt, podjadłszy nieco. - A ona ci! Żem to jej zasług nie wypłacił! Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa... - Ona powieda, że ten dzieciak to... - W imię Ojca i Syna! Wściekła się czy co? - Ho, ho, stary z was, a jeszcze majster! - Wójtowie poczęli się śmiać. - Staremu prędzej się przytrafi, bo praktyk ci jest i znający! - szeptał dziad. -Cygani jak ten pies, anim ją tknął.Jeszcze by ,taki tłumok....taka pode płotem zdychała a skamlała, coby ją za samą warzę a kąt do spania wziąć, bo na zimę szło. Nie chciałem, ale nieboszka peda: "Weźmiem, przyda się w domu, co mamy przynajmować? będzie swoja pod ręką..." Nie chciałem ja, jako że zimą roboty nijakiej, a jedna gęba więcej do miski. Ale nieboszka pedo: "Nie turbuj się, umie pono wełniaki i płótno tkać, zasadzę ją i niechta se ścibie, zawżdy coś uścibie". No i ostała, odpasła się ino i zarno się postarała o przychówek... A kto w spółce, to już różnie gadali... - Ona skarży na was. - Zakatrupię ścierwę, cygana pieskiego! - Ale do sądu trza wam iść. - Pójdę. Bóg zapłać, żeście mi powiedzieli, bo wiedziałem ino, że o zasługi - ale zapłaciłem, na co świadków mam. A pyskacz zapowietrzony, a dzidówka! Laboga tyle umartwienia, że jaż chyba udzierżyć nie udzierżę a to mi i krowa padła, że dorznąć musiałem, roboty nie pokończone, a tu człowiek sam kiej ten palec. - U wdowca to kiej między wilkami owca - powiedział znowu dziad. . - O krowiem słyszał, mówili mi już na polu... - To dworska sprawa, bo pono borowy wygnał z zagajów. Najlepsza krowa! Ze trzysta złotych wartała, żegnała się, bo ciężka była, zapaliły się w niej wątpia, żem dorznąć musiał... Ale dworowi tego nie daruję... Podam do sądu. Ale wójt zaczął mu tłumaczyć i przekładać, żeby się wstrzymał, jako w pierwszej złości zawsze się źle radzi, bo stał za dworem, a w końcu, żeby zwrócić rozmowę w inną stronę, mrugnął na żonę i powiedział: - Bobyście się, Macieju, ożenili i miałby kto gospodarstwa pilnować. - Kpicie czy co?... A dyć na Zielną skończyłem pięćdziesiąt i osiem roków. Co wama też w głowie, jeszcze tamta dobrze nie ostygła... - Weźcie kobitę do swego wieku, a zaraz się wam zgoi wszystko - dodała wójtowa i jęła sprzątać ze stołu. - Dobra żona głowy mężowej korona - dorzucił dziad, obmacując miski, które przed nim postawiła wójtowa. Żachnął się Boryna, ale zamedytował głęboko, że mu to samemu do głowy nie przyszło. Boć jaka się tam kobieta nadarzy, a zawżdy ż nią lepiej niźli samemu biedować... - Która i głupia jest, i niemrawa, która znów kłótnica, która do chłopskich kołtunów sięgająca, która paparuch a latawiec po muzykach i karczmach, a zawżdy chłopu z nią lepiej i wygoda - ciągnął dziad, pojadając. - Dopiero by na wsi wydziwiali - powiedział Boryna - Hale - ludzie warna zwrócą krowę abo i co poradzą. abo i kiele gospodarstwa chodzić będą, abo się nad wami użalą - zagadała gorąco wójtowa. - Abo i ciepłą pierzynę narządzą - zaśmiał się wójt. A we wsi tyle jest dziewuch, że jak się idzie między chałupami, to bucha kiej z pieca. - Ale, widzisz go, rozpustnik... czego mu się zachciewa... - A Zośka Grzegorzowa na ten przykład, śmigła, piękna i wiano niezgorsze. - A cóż to Maciejowi potrza wiana, nie gospodarz to pierwszy we wsi? - Kto by ta miał dobra a i grontu dosyć - zaoponował dziad. - Ni, Grzegorzowa nie la nich - podjął wójt - za mdła i młódka to jeszcze. - A Jędrkowa Kasia? - wyliczała dalej wójtowa. - Zmówiona. Wczoraj Rochów Adam posyłał z wódką - Jest ci jeszcze Stachowa Weronka. - Mamrot, latawiec i jedno biedro ma grubsze. - A wdowa po Tomku, jakże to jej?... całkiem jeszcze do żeniaczki... - Troje dzieci, cztery morgi, dwa krowie ogony i stary kożuch po nieboszczyku - A Ulisia tego Wojtka, co to za kościołem siedzi?... - I... to la kawalera... z przychowkiem, chłopak mógłby już być do pasionki, ale Maciejowi tego nie potrza, ma już pastucha swojego. - Jest ci jeszcze, jest tego nasienia panowego, ale ino wybieram takie, co by pasowały la Macieja. - A zabaczyłaś o jednej, co by była la nich w sam raz. - Którna?.... - A Jagna Dominikowa? - Prawda, całkiem o niej przepomniałam. - Sielna dziewucha, a rosła, że bez płot nie przejdzie, bo żerdki pod nią pękają... a piękna, biała na gębie, a urodna kiej jałowica. - Jagna - powtórzył Boryna słuchający w milczeniu wyliczania - a to powiedają o niej, że łasa na chłopaków. - Ale, był to kto przy tym, to wie! Pleciuchy pletą, byle pleść, a wszystko ino przez zazdrość - broniła mocno wójtowa - Ja też nie powiedam sam z siebie, ino tak pogadują. Ale trza mi iść - poprawił pasa, wraził węgielek we fajkę i pyknął parę razy. - Na którą to w sądzie? - zapytał spokojnie. - Na dziewiątą napisane w powiestce. Musicie do dnia wstać, jeśli na piechty. - I... źróbką se wolno pojadę. Ostańcie z Bogiem, dziękuję wama za pożywienie i somsiedzką radę. - Idźcie z Bogiem, a pomyślcie, cośwa wama raili... Powiecie, to z wódką pójdę do pani matki i jeszcze przed Godami sprawim wesele... Boryna nie odrzekł nic, łypnął ino oczami i wyszedł. - Jak stary młódkę bierze, diabeł się cieszy, bo profit z tego miał będzie - rzekł dziad poważnie, skrobiąc głośno po dnie miski. Boryna wolno wracał i żuł w sobie rozważnie, co mu raili. Nie dał poznać po sobie tam u wójtów, że mu się ta myśl strasznie udała, bo jakże, gospodarz był, a nie żaden chłopak, co to ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o żeniaczce aże kwiczy i z nogi na nogę przydeptuje Noc już ogarnęła ziemię, gwiazdy srebrną rosą pobłyskiwały z ciemnych, głuchych głębin, cicho było we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiwały, a tu i ówdzie spoza drzew mżyły się słabe światełka... czasem wilgotny podmuch zawiał z łąk, że drzewa poczęły się lekko chybotać. Boryna nie wrócił drogą, jaką był przyszedł, a tylko puścił się w dół, przeszedł most, pod którym woda z bełkotem przelewała się do rzeki i waliła głucho na młyn, i nawrócił na drugą stronę stawu - wody leżały ciche i lśniły się czarniawo, pobrzeżne drzewa rzucały na taflę czarne cienie i jakby ramą obejmowały brzegi, a w pośrodku stawu, gdzie jaśniej było, odbijały się gwiazdy niby w zwierciadle stalowym. Maciej sam nie wiedział, dlaczego nie poszedł prosto do domu, a wybrał dłuższą drogę, może aby przejść koło domu Jagny? a może aby zebrać nieco myśli i pomedytować. - Juści, że byłoby niezgorzej! juści! A co tam o niej mówią, to taka prawda. - Splunął. - Sielna kobieta!- Dreszcz nim wstrząsnął, bo i chłód wilgotny szedł od stawów, a u wójtów gorąc był silny. - A bez kobiety trza zmarnieć abo dzieciom gospodarkę odpisać - myślał - a duża jucha i kiej malowana. - A krowa najlepsza padła, a kto wie jutra?... Może to i trza poszukać żony? Tyle obleczenia po nieboszce jest - przygodziłoby się. Ale stara Dominikowa to pies... a cóż, mają chałupę i gront, toby na swojem ostała. Troje ich, a mają piętnaście morgów, to niby na Jagnę pięć i spłata za chałupę i lewentarz! Pięć morgów to rychtyk te pola za mojem kartofliskiem, żyto, widzi mi się, posiały latoś, tak... Pięć morgów do moich to... trzydzieści pieć bez mała! Karwas pola!... Zatarł ręce i poprawił pasa. - To ino młynarz ma więcej... złodziej, krzywdą ludzką a procentami, a oszukaństwem tyla nabrał... A na bezrok podwiózłbym gnoju, a uprawił i pszenicy posiał na całym kawale; konia by trzeba przykupić, a i po granuli krowinę jaką... Prawda, krowę by dostać dostała... I tak rozmyślał, liczył, rozmarzał się gospodarsko, aż czasem i przystawał z ciężkiej deliberacji. A że mądry chłop był, to wszystko zasię zbierał w sobie i głęboko w głowę patrzył, coby czego nie prześlepić i nie przepomnieć. - Wrzeszczałyby juchy, wrzeszczały! - pomyślał o dzieciach, ale wnet fala mocy i pewności zalała mu serce i skrzepiła głuche jeszcze, wahające postanowienia. Gront mój, wara komu drugiemu do niego. A nie chceta, to... - nie skończył, bo stanął przed chałupą Jagny. Świeciło się u nich jeszcze i przez otwarte okno padała szeroka smuga światła i szła przez kierz georginiowy i niskie drzewa śliwkowe aż na płot i drogę. Boryna stanął w cieniu i zapuścił wzrok w izbę. Lampka tliła się nad okapem, ale w kominie musiał się buzować tęgi ogień, bo słychać było trzask świerczyny i czerwonawe światło zapełniało ogromną, mroczną po kątach izbę; stara, skulona przed kominem, czytała cosik głośno, a Jagna przeciw niej twarzą do okna siedziała; w koszuli była tylko i z podwiniętymi do ramion rękawami -- podskubywała gęś. - Urodna jucha, to urodna! - myślał. Podnosiła czasem głowę, nasłuchiwała matki, wzdychała ciężko, to znowu brała się skubać pióra, aż gęś zagęgała boleśnie i rwać się poczęła z krzykiem z jej rąk, i bić skrzydłami, że puch się rozwiał po izbie białym tumanem. Uspokoiła ją rychło i mocno ściskała kolanami, że gęś jeno pogęgiwała z cicha a boleśnie, i odpowiadały jej inne gdzieś z sieni czy z podwórza. - Piękna kobieta - pomyślał i odszedł śpiesznie, bo mu uderzyło do głowy, aż się podrapał, zapiął pętlę i pasa przyciągnął. Już był w swoich wrotach i wchodził w opłotki, gdy się obejrzał na jej dom, bo rychtyk stał naprzeciw, tylo że po tamtej stronie wody. Ktoś akuratnie wychodził, bo przez drzwi uchylone lunęła struga światła i jak błyska wica zamigotała i padła aż na staw, potem czyjeś mocne stąpania zadudniły, i rozległ się chlupot wody nabieranej, a w końcu wskroś ciemni i mgieł, co się były zwlekały z łąk, śpiew się ozwał przyciszony: Ja za wodą, ty za wodą, Jakże ja ci buzi podom?... Podam ci ją na listeczku, A naści-że, kochaneczku... Słuchał długo, ale głos rychło przepadł i światła wkrótce pogasły. Na niebo wtaczał się zza lasów księżyc w pełni i rozsrebrzał czuby drzew, i siał przez gałęzie światło na staw, i zaglądał w okna chat, co mu były naprzeciw. Psi nawet pomilkli, cichość niezgłębiona objęła wieś całą i stworzenie wszelkie. Boryna obszedł podwórze, zajrzał do koni, parskały i gryzły obroki; wsadził głowę do obory, bo drzwi dla gorąca stały otworem. Krowy leżały przeżuwając a postękując, jako to jest zwyczajnie u bydlątek. Przywarł wrota do stodoły. Zdjąwszy kapelusz, szedł do izby i mówił półgłosem pacierz. A że spali już wszyscy, rozzuł się po cichu i zaraz legł spać. Ale zasnąć nie mógł, to pierzyna go parzyła, że nogi spod niej wysuwał, to mu po głowie chodziły sprawy różne, a turbacje, a pomyślenia... to mu brzuch ano ciężył srodze, że postękiwał i mruczał. - Zawżdy mówię, że zsiadłe mleko ino rozpiera brzucho, coby na noc nie dawać... A potem jął myśleć o Jagnie; jak by to dobrze było, bo i urodna, i gospodarna, i tyle pola... To znowu przypominał sobie dzieci, to te gadania na Jagnę, że mąciło się w nim wszelakie rozeznanie, i już nie wiedział, co począć, że uniósł się nieco, i jak to było zwyczajnie, chciało mu się du drugiego łóżka zawołać i poradzić: - Maryś ! Żenić się czy to się nie żenić z Jagną?... Ale w czas sobie przypomniał, że Maryś już od zwiesny na cmentarzu, a tam se śpi Józka i chrapie, a on jest sierotą, która poradzić się nikogo nie ma; to ino westchnął ciężko, przeżegnał się i jął mówić zdrowaśki za nieboszczkę i wszystkie dusze w czyśćcu ostające. ROZDZIAŁ 3 Już świt ubielił dachy i zgrzebną, szarą płachtą przysłonił noc i gwiazdy pobladłe, gdy ruch się uczynił w Borynowym obejściu. Kuba zwlókł się z wyrka i wyjrzał przed stajnię -szron leżał na ziemi i szaro było jeszcze, ale już zorze rozpalały się na wschodniej stronie i czerwieniły czuby drzew oszroniałych - przeciągnął się z lubością, ziewnął parę razy i poszedł do obory, aby krzyknąć na Witka, że czas wstawać, ale chłopak uniósł nieco senną głowę i szepnął: - Zaraz, Kuba, zaraz! - i przytulał się do legowiska. - Pośpij se zdziebko, biedoto, pośpij! - Przyokrył go kożuchem i pokusztykał, bo że nogę miał kiedyś przestrzeloną w kolanie, kulał srodze i ciągnął ją za sobą; umył się pod studnią, przygładził dłonią rzadkie, wyleniałe włosy, co mu się były pozwijały w kołtuny, i klęknął na progu stajni odmawiać pacierze. Gospodarz spali jeszcze, w oknach chałupy zapalały się krwawe brzaski zórz, a gęste, białe mgły zwlekały się z wolna ze stawów, kołysały ciężko i posuwały w górę podartymi szmatami. Kuba przesuwał w palcach koronkę i modlił się długo a biegał oczami po podwórzu, po oknach chałupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabłonkach, obwieszonych jabłkami niby pięście; rzucił czymściś do budy, koło drzwi, w biały łeb Łapy, aż pies zawarczał, zwinął się i spał dalej. - Ale, do samego słońca spał będziesz, jucho! - i rzucił w niego raz, drugi, że pies wylazł, przeciągał się, ziewał, machał ogonem, przysiadł wpodle i jął się drapać i czynić zębami w gęstych kudłach porządek. - I ochfiaruję ten pacierz Tobie i wszystkim świętym. Amen! - Bił się długo w piersi, a powstając, rzekł do Łapy: - Hale! aligant jucha, wybiera se pchły kiej baba na wesele ! A że robotny był, to się zajął obrządkiem - wóz wytoczył ze stodoły i nasmarował, napoił konie i przyłożyl im siana, aż parskać zaczęły i bić kopytami, a potem przyniósł z sąsieka nieco zgonin, dobrze okraszonych owsem, i wsypał to klaczy do żłobu, bo stała w gródce, osobno: - Żrej, stara, żrej; źróbka mieć będziesz, to ci mocy trza, żrej! - Pogładził ją po nozdrzach, aż klacz położyła mu łeb na ramieniu i pieszczotliwie chwytała wargami za kołtuny. -...Ziemniaki do połednia zwieziemy, a pod wieczór do lasu, po ściółkę - nie bój się, ściółka letka, nie zgonię cię... - A ty, wałkoniu, batem dostaniesz, widzisz go, owies mu pachnie, próżniakowi - mówił do wałacha, co stał obok i łeb wtykał między deski przegrody, do żłobu klaczy - grzmotnął go pięścią w zad, aż koń uskoczył w bok i zarżał. - Hale, parobku żydowski! Żreć to byś choć i czysty owies żarł, a do roboty cię nie ma, bez bata, jucho, z miejsca nie ruszysz, co? Wyminął go i zajrzał do źróbki, co stała przy ścianie samej i już z daleka wyciągała do niego kasztanowaty łeb ze strzałką białą na czole i rżała cicho. - Cichoj, mała, cichoj! Podjedz se ano, bo pojedziesz z gospodarzem do miasta! - Uwił kłak siana i wyczyścił jej bok zawalany. - Tyla klacz, że już do ogiera czas, a świniaś. Utytlesz się zawdy kiej maciora - pogadywał wciąż i poszedł do chlewów wypuścić świnie, bo kwiczały, a Łapa chodził za nim i zaglądał mu w oczy. - Zjadłbyś i ty, co? To naści-że chlebaszka, naści! Wyjął zza pazuchy kawałek i rzucił, pies pochwycił i schował się do budy, bo świnie ano leciały mu wydrzeć. - Hale, te swynie to kiej człowiek niektóry, aby ino chycić cudze i zechlać... Zajrzał do stodoły i długo patrzył na wiszącą u belki krowę - Głupie to jeno bydle, a i temu na koniec przyszło. Widzi mi się, co jutro zgotują mięsa... Tyle i z ciebie, biedoto, że człek se podje w niedzielę... Westchnął do tego jadła i powlókł się budzić Witka... - Słońce ino, ino - zarno się pokaże... Krowy trza wypędzać. Witek mamrotał coś, bronił się, przykładał do kożucha, ale w końcu wstać wstał i łaził ociężały i senny po podwórzu. Gospodarz zaspali dzisiaj, bo słońce już weszło i rozczerwieniło szrony, i zapaliło łuny w wodach i szybach a z chałupy nikt się nie pokazywał... Witek siedział na progu obory i podrapywał się zajadle, i przeziewał, a że wróble poczęły zlatywać z dachów do studni i trzepać się w korycie, to przyniósł drabkę i wlazł pod okap zajrzeć do gniazd jaskółczych, bo cicho tam jakoś było. - Pomarzły czy co? I jął wyciągać delikatnie pomorzone ptaszki i kłaść je za pazuchę. - Kuba, wiecie, nie żyją, o! - Pobiegł do parobka i pokazywał sztywne, pogasłe jaskółki. Ale Kuba wziął ino w rękę, przyłożył do ucha, dmuchnął w oczy i rzekł: - Zdrętwiały, bo przymrozek galanty. Ale że to głupie nie poszły jeszcze do ciepłych krajów, no no... - I poszedł do swojej roboty. A Witek siadł pod chałupą, w szczycie, bo słońce już tam dochodziło i oblewało bielone ściany, po których i muchy łazić poczynały; wyciągał zza koszuli te, które już ogrzane nieco jego ciałem, gmerały się trochę, churchał na nie, rozdziawiał im dziobki, poił z ust własnych, aż ożywiały się, otwierały oczy i poczynały wydzierać się do ucieczki; wtedy prawą ręką czaił się po ścianie i raz w raz zagarnął jaką muchę, nakarmiał nią i puszczał. - Lećta se do matuli, lećta -szeptał, patrząc jak jaskółki siadały na kaletnicy obory, czesały się dziobkam i szczebiotały jakby dziękczynienia A Łapa siedział przed nim na zadzie i skomlał uciesznie, a co który ptaszek wyfruwał, rzucał się za nim, biegł kilka kroków i zawracał z powrotem stróżować. - Ale, złap wiater w polu - mruczał Witek i tak się zatopił w rozgrzewaniu jaskółek, że ani widział, kiedy Boryna wyszedł zza węgła i stanął przed nim. - Ptaszkami się, ścierwo, zabawiasz, co? Porwał się, by uciekać, ale już gospodarz chycił go krótko za kark i drugą ręką szybko odpasywał szeroki, twardy pas rzemienny. - A dyć nie bijcie, a dyć! zdążył krzyknąć jeno. - Takiś to pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa się zmarnowała, co?... Ty znajdku, ty pokrako warsiaska! Ty! - I bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świszczał, a chłopak wił się kiej piskorz i wrzeszczał: - Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!... O Jezu ratujta... Aż Hanka wyjrzała z chałupy, co się dzieje, a Kuba splunął i schował się do stajni. A Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swvoją stratę tak zajadle, że Witek miał już gębę posinioną i z nosa puściła mu się krew, krzyczał wniebogłosy i cudem jakimś się wyrwał, chwycił się obu' rękami z tyłu za portki i gnał w opłotki. - Jezu, zabili mę, zabili mę! - ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała zza pazuchy i rozsypywała się po drodze. Boryna pogroził jeszcze za nim, opasał się i wrócił do chałupy, i zajrzał na Antkową stronę. - Słońce już na dwa chłopa, a ty się jeszcze wylegujesz! - krzyknął do syna. - Zmogłem się wczoraj kiej bydlę, to muszę się wywczasować. - Do sądu pojadę... Zwieź ziemniaki, a jak ludzie skończą kopanie, to zagnać je do grabienia ściółki, a ty mógłbyś kołki pozabijać do ogacenia. - Ogaćcie se sami chałupę, nama tutaj nie wieje. - Rzekłeś... to swoją stronę ogacę, a ty marznij, kiejś wałkoń. Trzasnął drzwiami i poszedł na swoją stronę. Józka już rozpaliła ogień i szła doić krowy. - Rychło daj jeść, bo trza mi jechać... - Przecięch się nie ozedrę, dwóch robót razem nie poradzę - i poszła. - Spokojnego oczymgnienia nie ma, ino kłyźnij się ze wszystkimi! - myślał i wziął się do obleczenia, ale zły był i zgryziony. Jakże, ciągła wojna z synem, słowa nie można rzec, bo zaraz do oczów z pazurami skacze albo rzeknie coś, co jaże we wątpiach poczujesz. Na nikogo się spuścić, ino haruj i haruj! Złość w nim zbierała, aż poklinał z cicha i rzucał szmatami po izbie a butami. - Słuchać się powinny, a nie słuchają! Czemu to?- myślał. - Widzi mi się, co bez kijaszka z nimi obyć się nie obędzie, bez twardego! Dawno się im to należało, zaraz po śmierci nieboszczki, kiej kłyźnić się zaczęły o gronta, ale się jeszcze wagował, żeby zgorszenia we wsi nie czy nić. Gospodarz był przeciech nie leda jaki, na trzydziestu morgach, i z rodu nie bele chto - Boryna, wiadomo. Ale dobrością z nimi się nie skończy, nie!... - Tu przyszedł mu na myśl zięć, kowal, któren wszystkich po cichu burzył, a i sam wciąż nastawał, żeby mu sześć morgów odpisać i morgę lasu, a już na resztę chciał poczekać... - To niby kiej zamrę! Poczekaj, jucho, poczekaj-myślał ze złością. - Póki się ino rucham, nie powąchasz ty ani zagona! Widzisz go, mądrala! Kartofle już mocno perkotały w kominie, gdy Józka przyszła od udoju i wnetki narządziła śniadanie - Józka! A mięso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie się już zwiedziały, to się ich tu naleci; ino nie borguj nikomu. Pośladek ostaw la nas; zawoła się Jambroża to zasoli i przyprawi... - A dyć i kowal umieją... - Ale, podzieliłby, się kiej wilk z owcą. - Magdzie będzie markotno, że to nasza krowa, a ona nawet nie obaczy. - To la Magdy wytnij jaką sztuczkę i zanieś, ale kowala nie wołaj. -- Dobryście, tatulu, dobry. - Hale, córuchno, hale! Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę abo i co. Podjadł se niezgorzej, opasał się pasem, przygładził poślinioną dłonią zwichrzone i rzadkie włosy, ujął bat i jeszcze się rozglądał po izbie... - Bym czego nie przepomniał. - Chciało mu się zajrzeć do komory, ale się powstrzymał, bo Józka patrzała, więc się przeżegnał i ruszył. A już z wasąga, zbierając w garść parciane lejce, rzekł Józce na ganek: - Skończą ziemniaki, to zaraz iść grabić ściółkę, kwitek jest za obrazem. A niechta zetną jakiego grabka albo i chojkę - przyda się. Wóz ruszył i już był w opłotkach, gdy Witek mignął pod jabłoniami. - Zabaczyłem... prru... Witek! Prru! Witek, puść krowy na łąki, a pilnuj, bo cię, jucho, spierę, że popamiętasz! - Ale, pocałujta mę gdzieś... - odkrzyknął hardo znikając za stodołą. - Będziesz tu pyskował, jak zlezę, to obaczysz... Skręcił z opłotków na lewo, na drogę wiodącą ku kościołowi; podciął batem źróbkę, że podyrdała truchcikiem po wyboistej, pełnej kamieni drodze. Słońce było już chyla tyla nad chałupami i świeciło coraz cieplej, bo z oszroniałych strzech podnosiły się oparyn i woda skapywała, tylko w cieniach - pod płotami w sadach, po rowach, leżał jeszcze siwy mróz; po stawie wlekły się ostatnie zrzedłe mgły i woda poczynała spod bielm wrzeć brzaskami i odbłyskiwać słońce. We wsi poczynał się już zwykły ruch: poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek orzeźwił powietrze, to i raźniej się poruszali, i zgiełkliwiej; wychodzili gromadnie na pola, którzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na ręku, dojadając śniadań; którzy z pługiem ciągnęli na ścierniska; którzy. na wozach brony wieźli a worki pełne ziarna siewnego; którzy znów zasię wykręcali ku lasom z grabiami na ramionach, ściółkę grabić - że ino dudniło po obu stronach stawu i krzyk się wzmagał, bo drogi były zatłoczone bydłem ciągnącym na paszę, szczekaniem psów, pokrzykami, co wybuchały raz w raz z niskiej, ciężkiej kurzawy, jaka się była wznosiła z orosiałych dróg. Boryna wymijał trzody ostrożnie, czasem śmignął po wełnie jakie jagniątko głupie, co się nie usuwało przed źrebicą, to cielę jakie, aż i wyminął wszystkich i koło kościoła, który stał osłonięty potężnym wałem lip żółknących i klonów wjechał na szeroki gościniec, obsadzony z obu stron ogromnymi topolami. A że w kościele była msza święta, bo sygnaturka przedzwoniła ofiarę i huczały przyciszonym głosem organy, zdjął kapelusz i westchnął pobożnie. Droga była pusta i zasłana opadłym liściem tak obficie, że wyboje i głęboko powyrzynane koleiny pokryły się rdzawo-złocistym kobiercem pociętym gęstymi pręgami cieniów, jakie rzucały pnie tnpoli, bo słońce z boku świeciło. - Wio, maluśka wio! - Świsnął batem i źrebica przez kilka stajań poszła raźniej, ale potem opadła i wlekła się wolno bo drga, choć nieznacznie, szła pod wzgórza, na których czerniały lasy. Boryna, że go ta cisza mroczyła sennością, to poglądał przez kolumnadę topoli na pola, pławiące się w różowym, porankowym świetle, albo myśleć usiłował o sprawie z Jewką, to u granuli - ale nie mógł sobie dać rady, tak go śpik rnorzył... Ptaszki ćwierkały w gałęziach, to czasem wiatr przegarnął leciuchnymi palcarni po czubach drzew, że ino jaki taki listeczek, kieby motyl złoty, odrywał się od maci ,spadał kolisto na drogę abo i na zakurzone osty, co zaognionymi oczami kwiatów hardo patrzyły w słońce a topole zagwarzyły, poszemrały z cicha gałązkami i pomilkły kiej te kumy, co na Podniesienie oczy podniesą, ręce rozłożą i westchną modlitewnie, a padną wnetki w proch przed Majestatem, ukrytym w tej złotej monstrancji, zawisłej nad ziemią świętą, nad rodzoną... Dopiero pod lasem przecknął na dobre i wstrzymał konia. - Wschodzi niezgorzej - szepnął, przyjrzawszy się pod światło szarym zagonom, ordzawionym krótką szczotką wschodzącego żyta. - Kawał pola, a przyległo do mojego, kieby kto z umysłu narządził! Żyto, widzi mi się, wczoraj posiały. - Ogarnął pożądliwym spojrzeniem zbronowane zagony, westchnął i wjechał w las. Poganiał często konia, bo droga szła po równym i twardsza była, tylko gęsto przerośnięta korzeniami, na których wóz podskakiwał i turkotał. Ale już nie drzemał, owiany surowym i chłodnym dechem lasu. Bór był ogromny, stary - stał zbitą gęstwą w majestacie wieku i siły, drzewo przy drzewie sama sosna prawie, a często dąb rosochaty i siwy ze starości, a czasem brzozy w białych koszulach, z rozplecionymi warkoczami żółtymi, że to jesień już była. Podlejsze krze, jako leszczyna, to karłowata grabina, to osiczyna drżąca tulił się do czerwonych, potężnych pni tak zwartych korona mi i poplątanych gałęziami, że ino gdzieniegdzie przedzierało się słońce i pełzało niby złote pająki po mchach zielonych i paprociach zrudziałych. - Zawżdy mojego tu są cztery morgi! - myślał i pożerał oczami las, i już na oko wybierał co najlepszy. Przeciech Pan Jezus nie da nas ukrzywdzić - abo i same się nie damy, nie... Dworowi widzi się dużo, a nam mało. Zarno... moje ze cztery, a Jagusine z morga... cztery i jed na... Wio! głupia, sroków się będzie bojała! - Trzepnął ją batem, bo na suszce, co dźwigała Bożą Mękę, kłóciły się sroki tak zajadle, aż źrebica strzygła uszami i przystawała. - Srokowe wesele - deszczu będzie wiele. - Przypiął parę batów źrebicy i jechał kłusem. Dobrze było już po ósmej, bo ludzie na polach siadali do śniadaniowych dwojaków, gdy wjeżdżał do Tymowa, na puste uliczki, obstawione pozapadanymi domostwami, co przysiadły niby stare przekupki nad rynsztokami, pełnymi śmieci, kur, Żydziąt obdartych i nierogacizny. Zaraz na wjeździe obstąpili go Żydzi i Żydówki i nuż zaglądać do wasągu, macać pod grochowinami, pod siedzeniem, czy nie wiezie czego na sprzedanie. - Poszły, parchy! - mruknął, wjeżdżając na rynek, pod cień starych, poobdzieranych kasztanów, konających na środku placu, gdzie już stało kilkanaście wozów z wyprzęgniętymi końmi. I swój wasąg tam umieścił, źrebicę wyłożył łbem do półkoszka, nasuł jej do kobiałki obroku, bat schował na dno, pod siedzenie, otrzepał się ze słomy i ruszył prosto do Mordki, tam gdzie błyszczały trzy mosiężne talerze, aby się nieco przyogolić - wyszedł wkrótce czysto ostrugany i tylko z jednym zacięciem na brodzie, zalepionym papierem, przez który sączyła się krew. Sądy nie były jeszcze zaczęte. Ale przed domem sądowym, co stał zaraz w rynku, naprzeciw ogromnego poklasztornego kościoła, czekało już sporo narodu. Siedzieli na wydeptanych stopniach, to kupili się pod oknami i raz w raz zaglądali do środka, kobiety zaś przykucnęły pod bielonymi ścianami, opuściły czerwone zapaski z głów na ramiona i rajcowały. Boryna, że dojrzał Jewkę z dzieckiem na ręku, stojąca w gromadzie swoich świadków, to się zeźlił zarno, jako że skory był do złości, splunął i wszedł do sieni drugiej, biegnącej na przestrzał sądowego domostwa. Po lewej stronie był sąd, a po prawej mieszkał sekretarz, bo jakoż właśnie Jacek wyniósł samowar przed sam próg i tak go rozdmuchiwał cholewą zawzięcie, że dymił niby komin fabryczny, a co chwila ostry, gniewny głos krzyczał z głębi zadymionej sieni: - Jacek! buciki panienkom! - Zaraz, zaraz! Samowar już niby wulkan huczał i buchał płomieniami. - Jacek ! wodę panu do mycia. - Dyć zara, zrobi się wszyćko, zrobi! - I spocony, nieprzytomny, ganiał po sieni, aż dudniło, powracał, dmuchał i znowu leciał, bo pani krzyczała: - Jacek! kulfonie jeden, gdzie moje pończochy?!.. - Ale! ścierwa, nie samowar! Trwało to wszystko dobrych parę pacierzy, abo i z koronkę, aż wreszcie drzwi sądowe się otwarły i naród począł napełniać dużą, wybieloną izbę. Jacek, już teraz jako woźny, boso, w modrych portkach i takimże lejbiku z mosiężnymi guzikami, z czerwoną, spoconą twarzą, którą raz w raz obcierał rękawem, uwijał się za czarnymi kratami, dzielącymi izbę na dwie połowy, i rzucał łbem niby koń, kiej go giez ukąsi, bo płowe włosy spadały mu grzywą na oczy, to zaglądał ostrożnie do sąsiedniej stancji i potem siadał na chwilę pod zielonym piecem. A narodu się nawaliło, że ani palca wetknąć, i parli się coraz krzepciej na kraty, aż trzeszczały; gwar zrazu cichy podnosił się z wolna, szemrał, przewalał po izbie, huczał czasami, przechodził miejscami -w kłótnię, że jakie takie mocne słowo padało coraz gęściej. Żydzi szwargotali pod oknami, a jakieś baby na głos opowiadały swoje krzywdy i jeszcze głośniej popłakiwały, ale nie można było rozeznać, kto i gdzie, bo ciasnota była i głowa przy głowie, jako ten zagon pełen maków czerwonych i kłosów żytnich, co go ten wiater żenie, a on się zakolebie i gwarzy, i szumi, a potem staje równo kłos przy kłosie. To znowuj Jewka, dojrzawszy Borynę wspartego o kraty, jęła dogadywać i wykrzykiwać na niego, że zeźlony odrzekł ostro: - Zamilknij, suko, bo ci gnatki porachuję, że rodzona nie pozna. A na to Jewka rozsrożona nuż pazury wyciągać i drzeć się do niego przez gęstwę ludzką, aż jej chustka spadła z głowy i dzieciak się rozkrzyczał, że nie wiada, na czyrn by się skończyło, gdy naraz Jacek się zerwał, otworzył drzwi i krzyknął: - Cichojta, ścierwy, bo ano sąd idzie!... Jakoż i sąd wszedł; najpierw gruby, wysoki dziedzic z Raciborowic, a za nim dwóch ławników i sekretarz, który usiadł przy bocznym stoliku pod oknem i rozkładał papiery a patrzył na sędziów, jak stanęli przy wielkim stole, okrytym czerwonym suknem, i nałożyli złote łańcuchy na grube karki.... Cicho się zrobiło, że słychać było tych, co na ulicy pod oknami gwarzyli. Dziedzic rozłożył papiery, chrząknął, spojrzał na sekretarza i grubym, donośnym głosem oznajmił, że sądy się rozpoczynają. Potem sekretarz przeczytał sprawy na dzień dzisiejszy, coś szepnął pierwszemu ławnikowi, ten oddał to sędziemu, który kiwnął głową potakująco. Sądy się rozpoczęły. Pierwsza szła sprawa ze skargi strażnika na jakiegoś łyczka o nieporządki w podwórzu. Skazany zaocznie. Potem o pobicie chłopaka za wypasanie końmi koniczyny. Pogodzili się - matka dostała pięć rubli, a chłopak nowe portki i lejbik. Sprawa o woranie się. Odłożona z braku dowodów. Sprawa o kradzież leśną w borze sędziego; stawał rządca - oskarżeni chłopi z Rokicin. Skazani na kary pieniężne lub odsiedzenie w areszcie po dwa tygodnie. Nie przyjęli wyroku, pójdą do apelacji. I tak głośno zaczęli wykrzykiwać na niesprawiedliwość bo las był wspólny, serwitutowy, aż sędzia skinął na Jacka, i ten zagrzmiał: - Cichojta, cichojta, bo tu sąd, nie karczma. I tak szła sprawa za sprawą, kieby skiba za skibą, równo i dość spokojnie, czasem tylko podnosiły się skargi abo chlipanie, abo i przekleństwo, ale te Jacek wnet przyciszał. Z izby ubyło nieco ludzi, ale w ich miejsce przybyło tyle nowych, że stali zbici kieby w snop, że nikto poruszyć się nie mógł i zrobił się taki gorąc, iż ani odetchnąć aż sędzia polecił otworzyć okna. Teraz szła sprawa Bartka Kozła z Lipiec o kradzież świni u Marcjanny Antonówny Pacześ. Świadkowie: taż Marcjanna, syn jej Szymon, Barbara Piesek itd. - Świadkowie czy są? . zapytał ławnik. - Jesteśmy! - zawołali chórem. Boryna, który dotąd samotnie a cierpliwie stał przy kracie, przysunął się nieco do Paczesiowej przywitać, boć to była Dominikowa, matka Jagny. - Oskarżony, Bartek Kozioł, bliżej, za kratę. Niski chłop przepychał się ze środka tak gwałtownie, aż kląć poczęli, że depcze po kulasach i przyodziewek ozdziera. - Cichojta, ścierwy, bo prześwietny sąd mówi! - krzyknął Jacek, wpuszczając go. - Wy Bartłomiej Kozioł? Chłop drapał się frasobliwie po gęstych, równo obciętych włosach; głupowaty uśmiech skrzywiał mu suchą, wygoloną twarz, a małe rudawe oczki chytrze skakały po sędziach niby wiewiórki. - Wy Bartłomiej Kozioł? - zapytał znowu sędzia, bo chłop milczał. - Dyć juści, on ci Bartłomiej Kozioł, dopraszam się łaski prześwietnego sądu! - piszczała ogromna kobieta, wpychając się siłą za kraty. - A wy czego? - Dopraszam się łaski, a dyć ja żona tego chudziaka, Bartka Kozła - i kłaniała się ręką ziemi, aż wyrurkowanym czepcem zawadzała o stół sędziowski. - Świadkujecie? - Niby to za świadka? ni, jeno dopraszam się... - Woźny; wyrzuć ją za kratę. - Wychodźta, kobieto, bo nie la was tu miejsce...- Chwycił ją za ramiona i pchał zadem. - Dopraszam się prześwietnego sądu, kiej mój ano nie dosłyszy na ten przykład... - krzyczała. - Wychodźta, póki po dobremu - i aż jęknęła, tak ją ciepnął na kratę, bo ani kroku po dobroci ustąpić nie chciała. - Wyjdźcie, będziemy głośno mówili, to choć on Kozioł, a usłyszy! Zaczęło się wreszcie badanie. - Jak się nazywacie? - Hę?... a, przezywam?... Przeciech wołali mę, to niby wiedzieć wiedzą... - Głupiś. Jak się nazywacie? - indagował nieubłaganie sędzia. - Bartek Kozioł, prześwietny sądzie - rzuciła żona. - Ile lat? - Hę?... a, lat?... bo ja to pomnę! Matka, wiele to ja mam roków?... - Pięćdziesiąt i dwa, widzi mi się, będzie na zwiesnę. - Gospodarz?... - I... trzy morgi piachu i ten jeden krowi ogon... sielny gospodarz. - Był już karany? - Hę?... karany? - Czy siedzieliście w kozie? - To niby w kreminale?... karany?... Matka, byłem to w kreminale, hę?... - A byłeś, Bartku, byłeś, a to cię te ścierwy dworskie o to zdechłe jagniątko... - Juści, juści... na paśniku znalazłem zdechłe jagnię... wzionem, co miały psy rozwłócyć... poskarżyły, przysięgły, com ukradł, sąd przysądził... wsadziły mę i siedziałem... Niesprawiedliwość jest ino, niesprawiedliwość... - mówił głucho i obzierał się znacznie na żonę. - Oskarżeni jesteście o kradzież maciory Marcjannie Pacześ! Wzięliście ją z pola, zagnali do domu, zarznęli i zjedli! Co macie na swoją obronę? - Hę? Zjadłem! Żebym tak Boga przy skonaniu nie oglądał, że nie zjadłem!... o świecie rodzony, ja zjadłem! - wołał żałośnie. - Cóż macie na swoją obronę? - Obronę... miałem to co rzec, matka?... Juści, baczę; niewinowatym, świni nie zjadłem a Marcjanna Dominikowa, na ten przykład, szczeka bele co, kiej ten pies, że ino chycić za ten paskudny pysk a sprać... a... - O ludzie, ludzie!... - jęknęła Dominikowa. - To już sobie później zrobicie, ateraz mówcie, jakim sposobem świnia Paczesiowej znalazła się u was?... - Świnia Paczesiowa.. u mnie?... Matka, co to wielmożny dziedzic rzekli?... - A dyć, Bartku, to o tym prosiaku, co to za tobą przylazł do chałupy... - Baczę, juści, że baczę, bo prosiak to był, a nie świnia żadna; dopraszam się łaski wielmożnego sądu, niech słyszą, com ano rzekł, i przywtórzę; prosiak to był, a nie świnia; białny prosiak, a kiele ogona abo i zdziebko poniżej czarno łaciaty. - Dobrze, ale skąd się wziął u was? - Niby u mnie?... Zarno wszyćko dokumentnie rzeknę, z czego się pokaże la prześwietnego sądu i la zgromadzonego narodu, co jestem niewinowaty, a Dominikowa cygan jest baba, pleciuch i ozornica zapowietrzona! - Ja cyganię! A dyć tej Najświętszej Panienki uproszę, żeby was pierun bez świętej spowiedzi nie trzasnął! - rzekła cicho, z westchnieniem ciężkim do obrazu Matki Boskiej, wiszącego w rogu izby, Dominikowa, a potem, że to już ścierpieć nie mogła, wyciągnęła zwiniętą, chudą pięść do niego i syknęła: - Ty złodzieju świński! ty zbóju! ty!... - i rozczapierzyła palce, jakby go chycić chciała. Ale Bartkowa rzuciła się do niej z krzykiem. - Co! biłabyś go, suko jedna, biłabyś, czarownico, kacie synowski, ty! - Uciszyć się! - zawołał sędzia. - Stulta pyski, kiej sąd mówi, bo waju wyciepnę na osobność! - poparł Jacek, podciągając parcianki, bo mu się był obertelek oberwał. Uciszyło się zaraz, a baby, że to blisko było do chwycenia się za łby, stały już cicho, ino się oczami jadły a wzdychały ze złości... - Mówcie, Bartłomieju, mówcie wszystko a prawdę. - Prawdę?... Samą czystą kiej szkło prawdę rzeknę, rzetelnie powiem, kiej na spowiedzi, kiej gospodarz do gospodarzy, kiej swój do swojaków, bom gospodarz z dziada pradziada, a nie komornik, nie prefesjant jaki abo i jenszy miescki zdzier. To tak było. - Patrz dobrze w głowę, byś czegój nie przepomniał -radziła. - Nie przepomnę, Magduś, nie. To było tak. Szedłem se... a baczę, że to rychtyk zwiesna była... i za Wilczym Dołem, wedle Borynowej koniczyny... idę se i mówię pacierz, bo na ten przykład przedzwonili już na Anioł Pański... nocka też szła... idę se... jaż tu słyszę: głos nie głos? Loboga, myślę se: chrząka albo i nie chrząka?... Oglądnąłem za się niczego nie widno, cicho całkiem. Złe mę kusi czy co?... Ide dalej i że mę zdziebko mrówki oblazły ze strachu, mówię se Pozdrowienie Anielskie. Chrząka znowu! Cie! myślę sobie, nic, jeno swynia to abo i zasie prosiak. Zlazłem zdziebko w bok, w koniczynę i obejrzałem się... juści, że cosik lizie za mną, przystanąłem ja przystanęło i to, a białne, niskie i długie... a ślepie świeciły kiej u źbika abo zgoła u złego... Przeżegnałem się, a że i skóra mi ścierpła, tom ruszył lepszym krokiem jakże, abo to wiadomo, co się po nocach tłucze?... A wszyscy w Lipcach wiedzą, co na Wilczych Dołach straszy. - Juści, że prawda, bo łoni, kiej Sikora przechodził tam nocą, to go ułapiło za grdykę i rzuciło o ziemię, i tak zbiło, że chłop chorzał dwie niedziele - objaśniała żona. - Cichoj, Magduś, cichoj! Idę, idę... idę... a to fort lezie za mną i chrząka! A że to był rychtyk miesiączek wylazł se na niebo, to patrzę, a to ino prosiak, nie złe. Ozgniewałem się, bo co se ten głupi myśli - straszyć, tom rzucił nań patykiem i idę ku domowi Szedłem se miedzą, między Michałowymi burakami a pszenicą Borynowa, a potem między jarką Tomka a owsem tego Jaśka, co go łoni do wojska wzieni, a którego to kobieta akuratnie wczoraj zległa... Prosiak fort za mną kiej pies, to se idzi obok, to wlazł w kartofle Dominikowej i tu pysknie, i tam pysknie, i chrząknie, i kwiknie, a nie ostaje, ino za mną... Skręciłem na ścieżkę, co bieży na przełaj - ona za mną. Gorąco mi się zrobiło, bo laboga, taka świnia, co może nie świnia! Skręciłem na drogę wedle figury, prosiak za mną... Widziałem, biały był, a kiele ogona, poniżej ździebko, czarno łaciaty! Ja bez rów - ona za mną, ja na te mogiłki, co za figurą są - ona za mną, ja na kamionki, a ona kiej mi się nie rzuci pod kulasy - rymnąłem kiej długi. Opętana czy co?... Ledwiem się pozbierał, a ona kiej nie zadrze ogona i w skok przede mną! A lećże se, zapowietrzona, pomyślałem. Ale nie uciekła, ino wciąż przede mną leciała - aż do samej chałupy - do samej chałupy, prześwietny sądzie, aż w ogrodzenie weszła, aż do sieni wlazła, a że drzwi do izby były wywarte, to i do izby poszła... Tak mi Panie Boże dopomóż Amen ! - A potem zarznęliście i zjedli, prawda? - rzekł. sędzia rozbawiony. - Hę! Zarznęli i zjedli?... A cośwa zrobić mieli? Przeszedł dzień - prosiak nie odchodzi; przeszedł tydzień jest, ani jej wygonić, bo z kwikiem wraca!... Moja podtykała jej, co mogła, bo jakże głodem morzyć, Boże stworzenie też... Prześwietny sąd jest mądry, to sprawiedliwie se wymiarkuje, że com z nią biedny sierota miał zrobić? Niktoj po nią nie przychodził, a w domu bieda - a żarła, że i dwie drugie tyle nie zechlają..: Jeszcze z miesiąc, to by nas zeżarła i z bebechami... Co było radzić? Miała ona nas - tośwa my ją zjadły, a i to niecałą, bo na wsi się zwiedziały, a Dominikowa poskarżyła, że to jej, przyszła ze sołtysem i zabrała wszyćko... - Wszystko?... a cały zad to gdzie?... - syknęła złowrogo Dominikowa. - Gdzie? Spytajta się Kruczka i drugich piesków. Wynieśliśmy na noc do stodółki. Psy, że to czujne psie pary, a wrota były dziurawe, wyciągnęły i bal se sprawiły moją krwawicą, że chodziły obżarte kiej te dziedzice. - Hale, świnia sama poszła za nim, głupi uwierzy, ale nie sąd. Złodziej jucha, a barana młynarzowi, a gęś dobrodziejowi to kto pokradł, co?... - Widziałaś, co? Widziałaś! - wrzasnęła Kozłowa, przyskakując z pazurami. - A kartofle z organistowego dołu to kto?... A cięgiem cosik komuś we wsi ginie, to gąska, to kury, to sprzęt jaki - ciągnęła nieubłaganie. - Ty ścierwo! Coś ty robiła za młodu, a i co twoja Jagna teraz wyprawia z parobkami; to ci tego nikt nie wypomina, a ty kiej ten pies... - Wara ci od Jagny! Wara, bo ci ten pysk tak spierę, że... Wara!... - ryknęła wielkim głosem, ugodzona jak w żywe mięso. - Cichojta, pyskacze, bo za drzwi wyciepnę! - uciszal Jacek, podciągając parcianek. Zaczęło się przesłuchiwanie świadków. Najpierw świ


koloTEK 2003-04-24 18:51:37
Co za debil!!! Brak słów.


Dorian 2003-04-24 22:56:16
Brak SPECa??? :((( Towarzyszu, zobaczymy sie? ;))


xXx 2003-04-25 00:03:18
WYMIOT!!!


iiiigggiiii 2003-04-25 15:20:52
no kurde kupiłem sobie bileta dobrze że wziołem coś więcej bo by mi 2 zł zabrakło tzn dobrze że zajebałem rodzicom kase na KNŻ :-) Głogów Młp pozdrawia wszystkich fanów KNŻ, Kazika, KULT-u, Kazika Staszewskiego. Ja tam specjalnie nic nie mam do Olafa ale szkoda że sie Litza nawrucił i teraz tylko agu gu śpiewa, co moge powiedzieć opinie wraże wsumie po koncercie ale nie ukrywam że można zauważyć że kazula sie już starzeje i nie daje takich zajebistych koncertów oooooooo i mam pytaniko czy ktoś wie czy KULT będzie na juwenaliach ?????????????????????


Ozzy 2003-04-25 15:35:02
KULT chyba gra na juwenaliach 21 maja. pozdrawiam:)


Blobber 2003-04-25 15:36:31
W akademi nic nie wiedza o supporcie, dlatego pewnie nie bedzie wczesniej zapowiadanego S.P.E.C'a :( A co do koncertu KULTU na juwenaliach to w miescie chodzi plotka, ze maja grac, ale niestety nie widac zadnego potwierdzenia na stronce kultu.


Ozzy 2003-04-25 18:54:46
ale jest potwierdzenie na stronie t-love.art.pl na forum tamtejrze strony:)) ale czy to oficjalne wiadomosci nie wiadomo:(


EWIX 2003-04-25 18:57:18
SPOX


czakol 2003-04-25 21:21:50
czy bedzie ktos z mielca na wtorkowym koncercie? pozdrawiam.


+dziku+ 2003-04-25 21:39:58
...>...


dazek 2003-04-26 10:51:30
jjjjjeeeeeeeeeeeesssssssssssstttttttttttttttttt ssssssssssssssuuuuuuuuuuuupppppppppppppppppeeeeeeerrrrrrrrrrrrrrrrrrr zzzzzzzzzzzzeeeeeeeeeeeeee kkkkkkkkkkkkkkkkaaaaaaaaaaaaaaaaaaazzzzzzzzzzzzzzziiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiikkkkkkkkkkkkkkkkkkk pppppppppppppppppprrrrrrrrrrrrrrrrzzzzzzzzzzzzzzzzzzzyyyyyyyyyyyyyyyyjjjjjjjjjjjjjjjjjdeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeezzzzzzzzzzzdddddddddddddddddddaaaaaaaaaaaaa ddddddddddddddddddooooooooooo rrrrrrrrrrrrzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzeeeeeeeeeeeeeessssssssssssssssssssssssszzzzzzzzzzzzzzzzoooooooooooooooowwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa


korek 2003-04-27 19:44:57
Dajcei sobie spokój z tymi bezsensownymi recenzjami typu - Towarzysz / do zobaczenia na koncercie!!!


Dorian 2003-04-28 14:17:05
Korek: "Towarzysz, do zobaczenia na koncercie!", to cos bardziej do pozdrowienia niz do recenzji podobnego. Poza tym owe zdanie jest jak najbardziej sensowne. Pozdrawiam


rademenes 2003-04-29 00:21:09
Wkoncu jakis normalny koncert KAZIK ja napewno bede na koncercie 3maj sie i daj czadu


Metal Szlachetny 2003-04-29 06:39:33
No ludziska, niech MOC będzie z Wami! Pozdrowienia dla Korka.(od K.S)


Mix 2003-04-29 08:31:13
Oczywiscie bede dzis w Akademii do zobaczenia....


adwokat 2003-04-29 13:34:48
wywalili mnie z leska, jestem w biłgoraju, a jak na koncertach poprzednich byłem tak i na tym będę!!! i to dzisiaj!!! z dyniem i saperem... pozdrowienia dla zespołu i redaktorów www Geniusz www.geniusz.w.pl


Gelmi 2003-04-29 16:02:22
za 5 godzin koncert.Jeszcze tylko trzevba dojechać do Rzeszowa :) Mam bilet na Iron Maiden w Katowicach :D


koloTek 2003-04-29 17:30:09
Czas nadszedł - knż rulezz!!! Tarnobrzeg rusza na Rzeszów. Do zobaczenia w AKADEMII:-)


jednorekookonogi 2003-04-30 00:01:40
Chłopaki znowu pokazali klasę!!! Choć zdrowie już nie to , to jednak dali z siebie wszystko!!! Kto nie był niech tylko żałuje!!! Koncert był grany mniej więcej według kolejnośći z "występu"!!! No i gest Kazika na końcu - widać, że naprawde lubi Rzeszów!!! A my lubimy jego!!! Aha... końcówka w wykonaniu Burzy, Kwiatka, Goehsa I Olafa D. rozpier... wszystkich zgromadzonych!!! Wielki szacunek!!!


jednorekookonogi 2003-04-30 00:11:11
Chłopaki znowu pokazali klasę!!! Choć zdrowie już nie to , to jednak dali z siebie wszystko!!! Kto nie był niech tylko żałuje!!! Koncert był grany mniej więcej według kolejnośći z "występu"!!! No i gest Kazika na końcu - widać, że naprawde lubi Rzeszów!!! A my lubimy jego!!! Aha... końcówka w wykonaniu Burzy, Kwiatka, Goehsa I Olafa D. rozpier... wszystkich zgromadzonych!!! Wielki szacunek!!!


tinton 2003-04-30 00:12:42
OJ ogromny szacuneczek dla Kazia i całej ekipy. zagrali naprawdę zajebisty koncert. Nic dodac nic ująć. WIĘCEJ takich imprez !!!


Towarzysz & Tomek Rzeszów 2003-04-30 01:27:09
NO trzeba przyznac ze Kazik sie postarał Pozdrownia dla ZOŁZY, Pawła, Bochenka, Piotrka i Mojej kochanej Gosi:-).... A teraz troche mojej pieknej literatury SZACUNEK!!!


Towarzysz 2003-04-30 01:32:22
ROZDZIAŁ 3 Już świt ubielił dachy i zgrzebną, szarą płachtą przysłonił noc i gwiazdy pobladłe, gdy ruch się uczynił w Borynowym obejściu. Kuba zwlókł się z wyrka i wyjrzał przed stajnię -szron leżał na ziemi i szaro było jeszcze, ale już zorze rozpalały się na wschodniej stronie i czerwieniły czuby drzew oszroniałych - przeciągnął się z lubością, ziewnął parę razy i poszedł do obory, aby krzyknąć na Witka, że czas wstawać, ale chłopak uniósł nieco senną głowę i szepnął: - Zaraz, Kuba, zaraz! - i przytulał się do legowiska. - Pośpij se zdziebko, biedoto, pośpij! - Przyokrył go kożuchem i pokusztykał, bo że nogę miał kiedyś przestrzeloną w kolanie, kulał srodze i ciągnął ją za sobą; umył się pod studnią, przygładził dłonią rzadkie, wyleniałe włosy, co mu się były pozwijały w kołtuny, i klęknął na progu stajni odmawiać pacierze. Gospodarz spali jeszcze, w oknach chałupy zapalały się krwawe brzaski zórz, a gęste, białe mgły zwlekały się z wolna ze stawów, kołysały ciężko i posuwały w górę podartymi szmatami. Kuba przesuwał w palcach koronkę i modlił się długo a biegał oczami po podwórzu, po oknach chałupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabłonkach, obwieszonych jabłkami niby pięście; rzucił czymściś do budy, koło drzwi, w biały łeb Łapy, aż pies zawarczał, zwinął się i spał dalej. - Ale, do samego słońca spał będziesz, jucho! - i rzucił w niego raz, drugi, że pies wylazł, przeciągał się, ziewał, machał ogonem, przysiadł wpodle i jął się drapać i czynić zębami w gęstych kudłach porządek. - I ochfiaruję ten pacierz Tobie i wszystkim świętym. Amen! - Bił się długo w piersi, a powstając, rzekł do Łapy: - Hale! aligant jucha, wybiera se pchły kiej baba na wesele ! A że robotny był, to się zajął obrządkiem - wóz wytoczył ze stodoły i nasmarował, napoił konie i przyłożyl im siana, aż parskać zaczęły i bić kopytami, a potem przyniósł z sąsieka nieco zgonin, dobrze okraszonych owsem, i wsypał to klaczy do żłobu, bo stała w gródce, osobno: - Żrej, stara, żrej; źróbka mieć będziesz, to ci mocy trza, żrej! - Pogładził ją po nozdrzach, aż klacz położyła mu łeb na ramieniu i pieszczotliwie chwytała wargami za kołtuny. -...Ziemniaki do połednia zwieziemy, a pod wieczór do lasu, po ściółkę - nie bój się, ściółka letka, nie zgonię cię... - A ty, wałkoniu, batem dostaniesz, widzisz go, owies mu pachnie, próżniakowi - mówił do wałacha, co stał obok i łeb wtykał między deski przegrody, do żłobu klaczy - grzmotnął go pięścią w zad, aż koń uskoczył w bok i zarżał. - Hale, parobku żydowski! Żreć to byś choć i czysty owies żarł, a do roboty cię nie ma, bez bata, jucho, z miejsca nie ruszysz, co? Wyminął go i zajrzał do źróbki, co stała przy ścianie samej i już z daleka wyciągała do niego kasztanowaty łeb ze strzałką białą na czole i rżała cicho. - Cichoj, mała, cichoj! Podjedz se ano, bo pojedziesz z gospodarzem do miasta! - Uwił kłak siana i wyczyścił jej bok zawalany. - Tyla klacz, że już do ogiera czas, a świniaś. Utytlesz się zawdy kiej maciora - pogadywał wciąż i poszedł do chlewów wypuścić świnie, bo kwiczały, a Łapa chodził za nim i zaglądał mu w oczy. - Zjadłbyś i ty, co? To naści-że chlebaszka, naści! Wyjął zza pazuchy kawałek i rzucił, pies pochwycił i schował się do budy, bo świnie ano leciały mu wydrzeć. - Hale, te swynie to kiej człowiek niektóry, aby ino chycić cudze i zechlać... Zajrzał do stodoły i długo patrzył na wiszącą u belki krowę - Głupie to jeno bydle, a i temu na koniec przyszło. Widzi mi się, co jutro zgotują mięsa... Tyle i z ciebie, biedoto, że człek se podje w niedzielę... Westchnął do tego jadła i powlókł się budzić Witka... - Słońce ino, ino - zarno się pokaże... Krowy trza wypędzać. Witek mamrotał coś, bronił się, przykładał do kożucha, ale w końcu wstać wstał i łaził ociężały i senny po podwórzu. Gospodarz zaspali dzisiaj, bo słońce już weszło i rozczerwieniło szrony, i zapaliło łuny w wodach i szybach a z chałupy nikt się nie pokazywał... Witek siedział na progu obory i podrapywał się zajadle, i przeziewał, a że wróble poczęły zlatywać z dachów do studni i trzepać się w korycie, to przyniósł drabkę i wlazł pod okap zajrzeć do gniazd jaskółczych, bo cicho tam jakoś było. - Pomarzły czy co? I jął wyciągać delikatnie pomorzone ptaszki i kłaść je za pazuchę. - Kuba, wiecie, nie żyją, o! - Pobiegł do parobka i pokazywał sztywne, pogasłe jaskółki. Ale Kuba wziął ino w rękę, przyłożył do ucha, dmuchnął w oczy i rzekł: - Zdrętwiały, bo przymrozek galanty. Ale że to głupie nie poszły jeszcze do ciepłych krajów, no no... - I poszedł do swojej roboty. A Witek siadł pod chałupą, w szczycie, bo słońce już tam dochodziło i oblewało bielone ściany, po których i muchy łazić poczynały; wyciągał zza koszuli te, które już ogrzane nieco jego ciałem, gmerały się trochę, churchał na nie, rozdziawiał im dziobki, poił z ust własnych, aż ożywiały się, otwierały oczy i poczynały wydzierać się do ucieczki; wtedy prawą ręką czaił się po ścianie i raz w raz zagarnął jaką muchę, nakarmiał nią i puszczał. - Lećta se do matuli, lećta -szeptał, patrząc jak jaskółki siadały na kaletnicy obory, czesały się dziobkam i szczebiotały jakby dziękczynienia A Łapa siedział przed nim na zadzie i skomlał uciesznie, a co który ptaszek wyfruwał, rzucał się za nim, biegł kilka kroków i zawracał z powrotem stróżować. - Ale, złap wiater w polu - mruczał Witek i tak się zatopił w rozgrzewaniu jaskółek, że ani widział, kiedy Boryna wyszedł zza węgła i stanął przed nim. - Ptaszkami się, ścierwo, zabawiasz, co? Porwał się, by uciekać, ale już gospodarz chycił go krótko za kark i drugą ręką szybko odpasywał szeroki, twardy pas rzemienny. - A dyć nie bijcie, a dyć! zdążył krzyknąć jeno. - Takiś to pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa się zmarnowała, co?... Ty znajdku, ty pokrako warsiaska! Ty! - I bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świszczał, a chłopak wił się kiej piskorz i wrzeszczał: - Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!... O Jezu ratujta... Aż Hanka wyjrzała z chałupy, co się dzieje, a Kuba splunął i schował się do stajni. A Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swvoją stratę tak zajadle, że Witek miał już gębę posinioną i z nosa puściła mu się krew, krzyczał wniebogłosy i cudem jakimś się wyrwał, chwycił się obu' rękami z tyłu za portki i gnał w opłotki. - Jezu, zabili mę, zabili mę! - ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała zza pazuchy i rozsypywała się po drodze. Boryna pogroził jeszcze za nim, opasał się i wrócił do chałupy, i zajrzał na Antkową stronę. - Słońce już na dwa chłopa, a ty się jeszcze wylegujesz! - krzyknął do syna. - Zmogłem się wczoraj kiej bydlę, to muszę się wywczasować. - Do sądu pojadę... Zwieź ziemniaki, a jak ludzie skończą kopanie, to zagnać je do grabienia ściółki, a ty mógłbyś kołki pozabijać do ogacenia. - Ogaćcie se sami chałupę, nama tutaj nie wieje. - Rzekłeś... to swoją stronę ogacę, a ty marznij, kiejś wałkoń. Trzasnął drzwiami i poszedł na swoją stronę. Józka już rozpaliła ogień i szła doić krowy. - Rychło daj jeść, bo trza mi jechać... - Przecięch się nie ozedrę, dwóch robót razem nie poradzę - i poszła. - Spokojnego oczymgnienia nie ma, ino kłyźnij się ze wszystkimi! - myślał i wziął się do obleczenia, ale zły był i zgryziony. Jakże, ciągła wojna z synem, słowa nie można rzec, bo zaraz do oczów z pazurami skacze albo rzeknie coś, co jaże we wątpiach poczujesz. Na nikogo się spuścić, ino haruj i haruj! Złość w nim zbierała, aż poklinał z cicha i rzucał szmatami po izbie a butami. - Słuchać się powinny, a nie słuchają! Czemu to?- myślał. - Widzi mi się, co bez kijaszka z nimi obyć się nie obędzie, bez twardego! Dawno się im to należało, zaraz po śmierci nieboszczki, kiej kłyźnić się zaczęły o gronta, ale się jeszcze wagował, żeby zgorszenia we wsi nie czy nić. Gospodarz był przeciech nie leda jaki, na trzydziestu morgach, i z rodu nie bele chto - Boryna, wiadomo. Ale dobrością z nimi się nie skończy, nie!... - Tu przyszedł mu na myśl zięć, kowal, któren wszystkich po cichu burzył, a i sam wciąż nastawał, żeby mu sześć morgów odpisać i morgę lasu, a już na resztę chciał poczekać... - To niby kiej zamrę! Poczekaj, jucho, poczekaj-myślał ze złością. - Póki się ino rucham, nie powąchasz ty ani zagona! Widzisz go, mądrala! Kartofle już mocno perkotały w kominie, gdy Józka przyszła od udoju i wnetki narządziła śniadanie - Józka! A mięso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie się już zwiedziały, to się ich tu naleci; ino nie borguj nikomu. Pośladek ostaw la nas; zawoła się Jambroża to zasoli i przyprawi... - A dyć i kowal umieją... - Ale, podzieliłby, się kiej wilk z owcą. - Magdzie będzie markotno, że to nasza krowa, a ona nawet nie obaczy. - To la Magdy wytnij jaką sztuczkę i zanieś, ale kowala nie wołaj. -- Dobryście, tatulu, dobry. - Hale, córuchno, hale! Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę abo i co. Podjadł se niezgorzej, opasał się pasem, przygładził poślinioną dłonią zwichrzone i rzadkie włosy, ujął bat i jeszcze się rozglądał po izbie... - Bym czego nie przepomniał. - Chciało mu się zajrzeć do komory, ale się powstrzymał, bo Józka patrzała, więc się przeżegnał i ruszył. A już z wasąga, zbierając w garść parciane lejce, rzekł Józce na ganek: - Skończą ziemniaki, to zaraz iść grabić ściółkę, kwitek jest za obrazem. A niechta zetną jakiego grabka albo i chojkę - przyda się. Wóz ruszył i już był w opłotkach, gdy Witek mignął pod jabłoniami. - Zabaczyłem... prru... Witek! Prru! Witek, puść krowy na łąki, a pilnuj, bo cię, jucho, spierę, że popamiętasz! - Ale, pocałujta mę gdzieś... - odkrzyknął hardo znikając za stodołą. - Będziesz tu pyskował, jak zlezę, to obaczysz... Skręcił z opłotków na lewo, na drogę wiodącą ku kościołowi; podciął batem źróbkę, że podyrdała truchcikiem po wyboistej, pełnej kamieni drodze. Słońce było już chyla tyla nad chałupami i świeciło coraz cieplej, bo z oszroniałych strzech podnosiły się oparyn i woda skapywała, tylko w cieniach - pod płotami w sadach, po rowach, leżał jeszcze siwy mróz; po stawie wlekły się ostatnie zrzedłe mgły i woda poczynała spod bielm wrzeć brzaskami i odbłyskiwać słońce. We wsi poczynał się już zwykły ruch: poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek orzeźwił powietrze, to i raźniej się poruszali, i zgiełkliwiej; wychodzili gromadnie na pola, którzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na ręku, dojadając śniadań; którzy z pługiem ciągnęli na ścierniska; którzy. na wozach brony wieźli a worki pełne ziarna siewnego; którzy znów zasię wykręcali ku lasom z grabiami na ramionach, ściółkę grabić - że ino dudniło po obu stronach stawu i krzyk się wzmagał, bo drogi były zatłoczone bydłem ciągnącym na paszę, szczekaniem psów, pokrzykami, co wybuchały raz w raz z niskiej, ciężkiej kurzawy, jaka się była wznosiła z orosiałych dróg. Boryna wymijał trzody ostrożnie, czasem śmignął po wełnie jakie jagniątko głupie, co się nie usuwało przed źrebicą, to cielę jakie, aż i wyminął wszystkich i koło kościoła, który stał osłonięty potężnym wałem lip żółknących i klonów wjechał na szeroki gościniec, obsadzony z obu stron ogromnymi topolami. A że w kościele była msza święta, bo sygnaturka przedzwoniła ofiarę i huczały przyciszonym głosem organy, zdjął kapelusz i westchnął pobożnie. Droga była pusta i zasłana opadłym liściem tak obficie, że wyboje i głęboko powyrzynane koleiny pokryły się rdzawo-złocistym kobiercem pociętym gęstymi pręgami cieniów, jakie rzucały pnie tnpoli, bo słońce z boku świeciło. - Wio, maluśka wio! - Świsnął batem i źrebica przez kilka stajań poszła raźniej, ale potem opadła i wlekła się wolno bo drga, choć nieznacznie, szła pod wzgórza, na których czerniały lasy. Boryna, że go ta cisza mroczyła sennością, to poglądał przez kolumnadę topoli na pola, pławiące się w różowym, porankowym świetle, albo myśleć usiłował o sprawie z Jewką, to u granuli - ale nie mógł sobie dać rady, tak go śpik rnorzył... Ptaszki ćwierkały w gałęziach, to czasem wiatr przegarnął leciuchnymi palcarni po czubach drzew, że ino jaki taki listeczek, kieby motyl złoty, odrywał się od maci ,spadał kolisto na drogę abo i na zakurzone osty, co zaognionymi oczami kwiatów hardo patrzyły w słońce a topole zagwarzyły, poszemrały z cicha gałązkami i pomilkły kiej te kumy, co na Podniesienie oczy podniesą, ręce rozłożą i westchną modlitewnie, a padną wnetki w proch przed Majestatem, ukrytym w tej złotej monstrancji, zawisłej nad ziemią świętą, nad rodzoną... Dopiero pod lasem przecknął na dobre i wstrzymał konia. - Wschodzi niezgorzej - szepnął, przyjrzawszy się pod światło szarym zagonom, ordzawionym krótką szczotką wschodzącego żyta. - Kawał pola, a przyległo do mojego, kieby kto z umysłu narządził! Żyto, widzi mi się, wczoraj posiały. - Ogarnął pożądliwym spojrzeniem zbronowane zagony, westchnął i wjechał w las. Poganiał często konia, bo droga szła po równym i twardsza była, tylko gęsto przerośnięta korzeniami, na których wóz podskakiwał i turkotał. Ale już nie drzemał, owiany surowym i chłodnym dechem lasu. Bór był ogromny, stary - stał zbitą gęstwą w majestacie wieku i siły, drzewo przy drzewie sama sosna prawie, a często dąb rosochaty i siwy ze starości, a czasem brzozy w białych koszulach, z rozplecionymi warkoczami żółtymi, że to jesień już była. Podlejsze krze, jako leszczyna, to karłowata grabina, to osiczyna drżąca tulił się do czerwonych, potężnych pni tak zwartych korona mi i poplątanych gałęziami, że ino gdzieniegdzie przedzierało się słońce i pełzało niby złote pająki po mchach zielonych i paprociach zrudziałych. - Zawżdy mojego tu są cztery morgi! - myślał i pożerał oczami las, i już na oko wybierał co najlepszy. Przeciech Pan Jezus nie da nas ukrzywdzić - abo i same się nie damy, nie... Dworowi widzi się dużo, a nam mało. Zarno... moje ze cztery, a Jagusine z morga... cztery i jed na... Wio! głupia, sroków się będzie bojała! - Trzepnął ją batem, bo na suszce, co dźwigała Bożą Mękę, kłóciły się sroki tak zajadle, aż źrebica strzygła uszami i przystawała. - Srokowe wesele - deszczu będzie wiele. - Przypiął parę batów źrebicy i jechał kłusem. Dobrze było już po ósmej, bo ludzie na polach siadali do śniadaniowych dwojaków, gdy wjeżdżał do Tymowa, na puste uliczki, obstawione pozapadanymi domostwami, co przysiadły niby stare przekupki nad rynsztokami, pełnymi śmieci, kur, Żydziąt obdartych i nierogacizny. Zaraz na wjeździe obstąpili go Żydzi i Żydówki i nuż zaglądać do wasągu, macać pod grochowinami, pod siedzeniem, czy nie wiezie czego na sprzedanie. - Poszły, parchy! - mruknął, wjeżdżając na rynek, pod cień starych, poobdzieranych kasztanów, konających na środku placu, gdzie już stało kilkanaście wozów z wyprzęgniętymi końmi. I swój wasąg tam umieścił, źrebicę wyłożył łbem do półkoszka, nasuł jej do kobiałki obroku, bat schował na dno, pod siedzenie, otrzepał się ze słomy i ruszył prosto do Mordki, tam gdzie błyszczały trzy mosiężne talerze, aby się nieco przyogolić - wyszedł wkrótce czysto ostrugany i tylko z jednym zacięciem na brodzie, zalepionym papierem, przez który sączyła się krew. Sądy nie były jeszcze zaczęte. Ale przed domem sądowym, co stał zaraz w rynku, naprzeciw ogromnego poklasztornego kościoła, czekało już sporo narodu. Siedzieli na wydeptanych stopniach, to kupili się pod oknami i raz w raz zaglądali do środka, kobiety zaś przykucnęły pod bielonymi ścianami, opuściły czerwone zapaski z głów na ramiona i rajcowały. Boryna, że dojrzał Jewkę z dzieckiem na ręku, stojąca w gromadzie swoich świadków, to się zeźlił zarno, jako że skory był do złości, splunął i wszedł do sieni drugiej, biegnącej na przestrzał sądowego domostwa. Po lewej stronie był sąd, a po prawej mieszkał sekretarz, bo jakoż właśnie Jacek wyniósł samowar przed sam próg i tak go rozdmuchiwał cholewą zawzięcie, że dymił niby komin fabryczny, a co chwila ostry, gniewny głos krzyczał z głębi zadymionej sieni: - Jacek! buciki panienkom! - Zaraz, zaraz! Samowar już niby wulkan huczał i buchał płomieniami. - Jacek ! wodę panu do mycia. - Dyć zara, zrobi się wszyćko, zrobi! - I spocony, nieprzytomny, ganiał po sieni, aż dudniło, powracał, dmuchał i znowu leciał, bo pani krzyczała: - Jacek! kulfonie jeden, gdzie moje pończochy?!.. - Ale! ścierwa, nie samowar! Trwało to wszystko dobrych parę pacierzy, abo i z koronkę, aż wreszcie drzwi sądowe się otwarły i naród począł napełniać dużą, wybieloną izbę. Jacek, już teraz jako woźny, boso, w modrych portkach i takimże lejbiku z mosiężnymi guzikami, z czerwoną, spoconą twarzą, którą raz w raz obcierał rękawem, uwijał się za czarnymi kratami, dzielącymi izbę na dwie połowy, i rzucał łbem niby koń, kiej go giez ukąsi, bo płowe włosy spadały mu grzywą na oczy, to zaglądał ostrożnie do sąsiedniej stancji i potem siadał na chwilę pod zielonym piecem. A narodu się nawaliło, że ani palca wetknąć, i parli się coraz krzepciej na kraty, aż trzeszczały; gwar zrazu cichy podnosił się z wolna, szemrał, przewalał po izbie, huczał czasami, przechodził miejscami -w kłótnię, że jakie takie mocne słowo padało coraz gęściej. Żydzi szwargotali pod oknami, a jakieś baby na głos opowiadały swoje krzywdy i jeszcze głośniej popłakiwały, ale nie można było rozeznać, kto i gdzie, bo ciasnota była i głowa przy głowie, jako ten zagon pełen maków czerwonych i kłosów żytnich, co go ten wiater żenie, a on się zakolebie i gwarzy, i szumi, a potem staje równo kłos przy kłosie. To znowuj Jewka, dojrzawszy Borynę wspartego o kraty, jęła dogadywać i wykrzykiwać na niego, że zeźlony odrzekł ostro: - Zamilknij, suko, bo ci gnatki porachuję, że rodzona nie pozna. A na to Jewka rozsrożona nuż pazury wyciągać i drzeć się do niego przez gęstwę ludzką, aż jej chustka spadła z głowy i dzieciak się rozkrzyczał, że nie wiada, na czyrn by się skończyło, gdy naraz Jacek się zerwał, otworzył drzwi i krzyknął: - Cichojta, ścierwy, bo ano sąd idzie!... Jakoż i sąd wszedł; najpierw gruby, wysoki dziedzic z Raciborowic, a za nim dwóch ławników i sekretarz, który usiadł przy bocznym stoliku pod oknem i rozkładał papiery a patrzył na sędziów, jak stanęli przy wielkim stole, okrytym czerwonym suknem, i nałożyli złote łańcuchy na grube karki.... Cicho się zrobiło, że słychać było tych, co na ulicy pod oknami gwarzyli. Dziedzic rozłożył papiery, chrząknął, spojrzał na sekretarza i grubym, donośnym głosem oznajmił, że sądy się rozpoczynają. Potem sekretarz przeczytał sprawy na dzień dzisiejszy, coś szepnął pierwszemu ławnikowi, ten oddał to sędziemu, który kiwnął głową potakująco. Sądy się rozpoczęły. Pierwsza szła sprawa ze skargi strażnika na jakiegoś łyczka o nieporządki w podwórzu. Skazany zaocznie. Potem o pobicie chłopaka za wypasanie końmi koniczyny. Pogodzili się - matka dostała pięć rubli, a chłopak nowe portki i lejbik. Sprawa o woranie się. Odłożona z braku dowodów. Sprawa o kradzież leśną w borze sędziego; stawał rządca - oskarżeni chłopi z Rokicin. Skazani na kary pieniężne lub odsiedzenie w areszcie po dwa tygodnie. Nie przyjęli wyroku, pójdą do apelacji. I tak głośno zaczęli wykrzykiwać na niesprawiedliwość bo las był wspólny, serwitutowy, aż sędzia skinął na Jacka, i ten zagrzmiał: - Cichojta, cichojta, bo tu sąd, nie karczma. I tak szła sprawa za sprawą, kieby skiba za skibą, równo i dość spokojnie, czasem tylko podnosiły się skargi abo chlipanie, abo i przekleństwo, ale te Jacek wnet przyciszał. Z izby ubyło nieco ludzi, ale w ich miejsce przybyło tyle nowych, że stali zbici kieby w snop, że nikto poruszyć się nie mógł i zrobił się taki gorąc, iż ani odetchnąć aż sędzia polecił otworzyć okna. Teraz szła sprawa Bartka Kozła z Lipiec o kradzież świni u Marcjanny Antonówny Pacześ. Świadkowie: taż Marcjanna, syn jej Szymon, Barbara Piesek itd. - Świadkowie czy są? . zapytał ławnik. - Jesteśmy! - zawołali chórem. Boryna, który dotąd samotnie a cierpliwie stał przy kracie, przysunął się nieco do Paczesiowej przywitać, boć to była Dominikowa, matka Jagny. - Oskarżony, Bartek Kozioł, bliżej, za kratę. Niski chłop przepychał się ze środka tak gwałtownie, aż kląć poczęli, że depcze po kulasach i przyodziewek ozdziera. - Cichojta, ścierwy, bo prześwietny sąd mówi! - krzyknął Jacek, wpuszczając go. - Wy Bartłomiej Kozioł? Chłop drapał się frasobliwie po gęstych, równo obciętych włosach; głupowaty uśmiech skrzywiał mu suchą, wygoloną twarz, a małe rudawe oczki chytrze skakały po sędziach niby wiewiórki. - Wy Bartłomiej Kozioł? - zapytał znowu sędzia, bo chłop milczał. - Dyć juści, on ci Bartłomiej Kozioł, dopraszam się łaski prześwietnego sądu! - piszczała ogromna kobieta, wpychając się siłą za kraty. - A wy czego? - Dopraszam się łaski, a dyć ja żona tego chudziaka, Bartka Kozła - i kłaniała się ręką ziemi, aż wyrurkowanym czepcem zawadzała o stół sędziowski. - Świadkujecie? - Niby to za świadka? ni, jeno dopraszam się... - Woźny; wyrzuć ją za kratę. - Wychodźta, kobieto, bo nie la was tu miejsce...- Chwycił ją za ramiona i pchał zadem. - Dopraszam się prześwietnego sądu, kiej mój ano nie dosłyszy na ten przykład... - krzyczała. - Wychodźta, póki po dobremu - i aż jęknęła, tak ją ciepnął na kratę, bo ani kroku po dobroci ustąpić nie chciała. - Wyjdźcie, będziemy głośno mówili, to choć on Kozioł, a usłyszy! Zaczęło się wreszcie badanie. - Jak się nazywacie? - Hę?... a, przezywam?... Przeciech wołali mę, to niby wiedzieć wiedzą... - Głupiś. Jak się nazywacie? - indagował nieubłaganie sędzia. - Bartek Kozioł, prześwietny sądzie - rzuciła żona. - Ile lat? - Hę?... a, lat?... bo ja to pomnę! Matka, wiele to ja mam roków?... - Pięćdziesiąt i dwa, widzi mi się, będzie na zwiesnę. - Gospodarz?... - I... trzy morgi piachu i ten jeden krowi ogon... sielny gospodarz. - Był już karany? - Hę?... karany? - Czy siedzieliście w kozie? - To niby w kreminale?... karany?... Matka, byłem to w kreminale, hę?... - A byłeś, Bartku, byłeś, a to cię te ścierwy dworskie o to zdechłe jagniątko... - Juści, juści... na paśniku znalazłem zdechłe jagnię... wzionem, co miały psy rozwłócyć... poskarżyły, przysięgły, com ukradł, sąd przysądził... wsadziły mę i siedziałem... Niesprawiedliwość jest ino, niesprawiedliwość... - mówił głucho i obzierał się znacznie na żonę. - Oskarżeni jesteście o kradzież maciory Marcjannie Pacześ! Wzięliście ją z pola, zagnali do domu, zarznęli i zjedli! Co macie na swoją obronę? - Hę? Zjadłem! Żebym tak Boga przy skonaniu nie oglądał, że nie zjadłem!... o świecie rodzony, ja zjadłem! - wołał żałośnie. - Cóż macie na swoją obronę? - Obronę... miałem to co rzec, matka?... Juści, baczę; niewinowatym, świni nie zjadłem a Marcjanna Dominikowa, na ten przykład, szczeka bele co, kiej ten pies, że ino chycić za ten paskudny pysk a sprać... a... - O ludzie, ludzie!... - jęknęła Dominikowa. - To już sobie później zrobicie, ateraz mówcie, jakim sposobem świnia Paczesiowej znalazła się u was?... - Świnia Paczesiowa.. u mnie?... Matka, co to wielmożny dziedzic rzekli?... - A dyć, Bartku, to o tym prosiaku, co to za tobą przylazł do chałupy... - Baczę, juści, że baczę, bo prosiak to był, a nie świnia żadna; dopraszam się łaski wielmożnego sądu, niech słyszą, com ano rzekł, i przywtórzę; prosiak to był, a nie świnia; białny prosiak, a kiele ogona abo i zdziebko poniżej czarno łaciaty. - Dobrze, ale skąd się wziął u was? - Niby u mnie?... Zarno wszyćko dokumentnie rzeknę, z czego się pokaże la prześwietnego sądu i la zgromadzonego narodu, co jestem niewinowaty, a Dominikowa cygan jest baba, pleciuch i ozornica zapowietrzona! - Ja cyganię! A dyć tej Najświętszej Panienki uproszę, żeby was pierun bez świętej spowiedzi nie trzasnął! - rzekła cicho, z westchnieniem ciężkim do obrazu Matki Boskiej, wiszącego w rogu izby, Dominikowa, a potem, że to już ścierpieć nie mogła, wyciągnęła zwiniętą, chudą pięść do niego i syknęła: - Ty złodzieju świński! ty zbóju! ty!... - i rozczapierzyła palce, jakby go chycić chciała. Ale Bartkowa rzuciła się do niej z krzykiem. - Co! biłabyś go, suko jedna, biłabyś, czarownico, kacie synowski, ty! - Uciszyć się! - zawołał sędzia. - Stulta pyski, kiej sąd mówi, bo waju wyciepnę na osobność! - poparł Jacek, podciągając parcianki, bo mu się był obertelek oberwał. Uciszyło się zaraz, a baby, że to blisko było do chwycenia się za łby, stały już cicho, ino się oczami jadły a wzdychały ze złości... - Mówcie, Bartłomieju, mówcie wszystko a prawdę. - Prawdę?... Samą czystą kiej szkło prawdę rzeknę, rzetelnie powiem, kiej na spowiedzi, kiej gospodarz do gospodarzy, kiej swój do swojaków, bom gospodarz z dziada pradziada, a nie komornik, nie prefesjant jaki abo i jenszy miescki zdzier. To tak było. - Patrz dobrze w głowę, byś czegój nie przepomniał -radziła. - Nie przepomnę, Magduś, nie. To było tak. Szedłem se... a baczę, że to rychtyk zwiesna była... i za Wilczym Dołem, wedle Borynowej koniczyny... idę se i mówię pacierz, bo na ten przykład przedzwonili już na Anioł Pański... nocka też szła... idę se... jaż tu słyszę: głos nie głos? Loboga, myślę se: chrząka albo i nie chrząka?... Oglądnąłem za się niczego nie widno, cicho całkiem. Złe mę kusi czy co?... Ide dalej i że mę zdziebko mrówki oblazły ze strachu, mówię se Pozdrowienie Anielskie. Chrząka znowu! Cie! myślę sobie, nic, jeno swynia to abo i zasie prosiak. Zlazłem zdziebko w bok, w koniczynę i obejrzałem się... juści, że cosik lizie za mną, przystanąłem ja przystanęło i to, a białne, niskie i długie... a ślepie świeciły kiej u źbika abo zgoła u złego... Przeżegnałem się, a że i skóra mi ścierpła, tom ruszył lepszym krokiem jakże, abo to wiadomo, co się po nocach tłucze?... A wszyscy w Lipcach wiedzą, co na Wilczych Dołach straszy. - Juści, że prawda, bo łoni, kiej Sikora przechodził tam nocą, to go ułapiło za grdykę i rzuciło o ziemię, i tak zbiło, że chłop chorzał dwie niedziele - objaśniała żona. - Cichoj, Magduś, cichoj! Idę, idę... idę... a to fort lezie za mną i chrząka! A że to był rychtyk miesiączek wylazł se na niebo, to patrzę, a to ino prosiak, nie złe. Ozgniewałem się, bo co se ten głupi myśli - straszyć, tom rzucił nań patykiem i idę ku domowi Szedłem se miedzą, między Michałowymi burakami a pszenicą Borynowa, a potem między jarką Tomka a owsem tego Jaśka, co go łoni do wojska wzieni, a którego to kobieta akuratnie wczoraj zległa... Prosiak fort za mną kiej pies, to se idzi obok, to wlazł w kartofle Dominikowej i tu pysknie, i tam pysknie, i chrząknie, i kwiknie, a nie ostaje, ino za mną... Skręciłem na ścieżkę, co bieży na przełaj - ona za mną. Gorąco mi się zrobiło, bo laboga, taka świnia, co może nie świnia! Skręciłem na drogę wedle figury, prosiak za mną... Widziałem, biały był, a kiele ogona, poniżej ździebko, czarno łaciaty! Ja bez rów - ona za mną, ja na te mogiłki, co za figurą są - ona za mną, ja na kamionki, a ona kiej mi się nie rzuci pod kulasy - rymnąłem kiej długi. Opętana czy co?... Ledwiem się pozbierał, a ona kiej nie zadrze ogona i w skok przede mną! A lećże se, zapowietrzona, pomyślałem. Ale nie uciekła, ino wciąż przede mną leciała - aż do samej chałupy - do samej chałupy, prześwietny sądzie, aż w ogrodzenie weszła, aż do sieni wlazła, a że drzwi do izby były wywarte, to i do izby poszła... Tak mi Panie Boże dopomóż Amen ! - A potem zarznęliście i zjedli, prawda? - rzekł. sędzia rozbawiony. - Hę! Zarznęli i zjedli?... A cośwa zrobić mieli? Przeszedł dzień - prosiak nie odchodzi; przeszedł tydzień jest, ani jej wygonić, bo z kwikiem wraca!... Moja podtykała jej, co mogła, bo jakże głodem morzyć, Boże stworzenie też... Prześwietny sąd jest mądry, to sprawiedliwie se wymiarkuje, że com z nią biedny sierota miał zrobić? Niktoj po nią nie przychodził, a w domu bieda - a żarła, że i dwie drugie tyle nie zechlają..: Jeszcze z miesiąc, to by nas zeżarła i z bebechami... Co było radzić? Miała ona nas - tośwa my ją zjadły, a i to niecałą, bo na wsi się zwiedziały, a Dominikowa poskarżyła, że to jej, przyszła ze sołtysem i zabrała wszyćko... - Wszystko?... a cały zad to gdzie?... - syknęła złowrogo Dominikowa. - Gdzie? Spytajta się Kruczka i drugich piesków. Wynieśliśmy na noc do stodółki. Psy, że to czujne psie pary, a wrota były dziurawe, wyciągnęły i bal se sprawiły moją krwawicą, że chodziły obżarte kiej te dziedzice. - Hale, świnia sama poszła za nim, głupi uwierzy, ale nie sąd. Złodziej jucha, a barana młynarzowi, a gęś dobrodziejowi to kto pokradł, co?... - Widziałaś, co? Widziałaś! - wrzasnęła Kozłowa, przyskakując z pazurami. - A kartofle z organistowego dołu to kto?... A cięgiem cosik komuś we wsi ginie, to gąska, to kury, to sprzęt jaki - ciągnęła nieubłaganie. - Ty ścierwo! Coś ty robiła za młodu, a i co twoja Jagna teraz wyprawia z parobkami; to ci tego nikt nie wypomina, a ty kiej ten pies... - Wara ci od Jagny! Wara, bo ci ten pysk tak spierę, że... Wara!... - ryknęła wielkim głosem, ugodzona jak w żywe mięso. - Cichojta, pyskacze, bo za drzwi wyciepnę! - uciszal Jacek, podciągając parcianek. Zaczęło się przesłuchiwanie świadków. Najpierw świadczyła poszkodowana, Dominikowa a zeznawała cichym, nabożnym głosem i przysięgała co chwila przed tą Częstochowską, jako świnia jej, i żegnała się, i biła w piersi, że prawda jest, jako ją ukradł z pastwiska Kozioł, i nie żądała od prześwietnego sądu kary na niego, niech mu już tam Jezusiczek czyśćca za to nie pożałuje - ale domagała się wielkim głosem sądu i karyza to, że tak spostponował ją i Jagnę wobec całego na-rodu. Świadczył potem Szymek, syn Dominikowej; czapkę powiesił na rękach złożonych jak do pacierza, oczów nie spuścił z sędziego i jękliwym, nieprzytomnym głosem zeznawał, że świnia była matczyna, że białna była cała, ino kiele ogona czarną łatę miała, a ucho rozerwane, bo ją był Łapa Borynowy chycił na zwiesnę, a tak kwiczała, że chociaż w stodółce był - usłyszał... Potem zawezwano Barbarę Piesek i innych. Świadczyli po kolei i przysięgali, a Szymek wciąż stał z czapką na rękach, wpatrzony pobożnie w sędziego, a Kozłowa darła się za kratę z krzykiem zaprzeczań i złorzeczeń, a Dominikowa ino wzdychała do obrazu, a pogląda ła na Kozła, który skakał oczami, nasłuchiwał, a obzierał się na swoją Magdusię. Naród słuchał uważnie i raz w raz szmer, to uwagi złośliwe albo śmiech się rozległ głuchy pod powałą, aż Jacek musiał przyciszać groźbą. Sprawa ciągnęła się długo, aż do przerwy, w której sąd poszedł do sąsiedniej izby na naradę, a naród wysypał się do sieni i przed dom odetchnąć nieco: kto pojeść zdziebko, kto ze swoimi świadkami się zmówić, kto wywodzić krzywdy swoje, a jenszy znowuj wyrzekać na niesprawiedliwość a pomstować, jak to zwyczajnie bywa na rokach. Po przerwie i odczytaniu wyroków przyszła na stół sprawa Boryny. Jewka stanęła przed sądem i pohuśtując dziecko, obwinięte w zapaskę, jęła płaczliwie wywodzić krzywdy swoje i żale; jako służyła u Boryny i pracowała, jaże jej kulasy ustawały, a nigdy dobrego słowa nie usłyszała, kąta nie miała na spanie ani jadła dość, że się u sąsiadów pożywiać musiała, a potem zasług nie zapłacił i z jego własnym dzieckiem wygnał ją w cały świat... buchnęła w końcu ogromnym płaczem i rzuciła się na kolana przed sędziami z krzykiem : - Krzywda to moja, krzywda! a dzieciak jego, prześwietny sądzie! - Cygani jak ten pies - mruknął Boryna ze zgrozą. - Ja cyganię?! A dyć wszystkie, a dyć całe Lipce wiedzą, że... żeś suka i latawiec... - Wielmożny sądzie, a przódzi to mi ino mówili: Jewka, Jewuś, i jeszcze słodziej, a to mi paciorki przywieźli a to często gęsto bułkę z miasta i mówili: "Naści, Jewuś, naści, boś mi najmilejsza..." - a teraz, o mój Jezu, mój Jezu!... - poczęła ryczeć. - Cygan, jucha, możem cię jeszcze pierzyną przyodział i mówił: "Śpij se, Jewuś, śpij!..." Izba zatrzęsła się śmiechem. - Abo nie, co? Abośta nie skamłali, jako ten pies przed drzwiami, abośta mało obiecowali, co? - Loboga, ludzie, że to pierun nie zabije taką pokrakę? - zakrzyknął zdumiony. - Wielmożny sądzie, cały świat wiedział, jak to było, całe Lipce mogą przyświadczyć, co prawdę mówię. Służyłam u nich, to mi cięgiem spokoju nie dawał. O biedna ja sierota, biedna!... O dola moja nieszczęśliwa!... Abo tom się mogła obronić przed tylim chłopem?... Krzyczałam, to mę sprał i zrobił, co chciał... A gdzież ja się podzieję z tym dzieciąteczkiem, gdzie?... Świadki powiedzą i przyświadczą! - wołała wśród płaczu i krzyków. Ale świadkowie w rzeczywistości nic nie zeznali prócz plotek i domysłów, więc znowu jęła dowodzić i przekonywać, aż w końcu jako ostatni dowód rozpowiła dziecko i położyła je przed sędziami; dziecko wierzgało nagimi nóżkami i krzyczało wniebogłosy. - Wielmożny sąd sam obaczy, czyje ono; o, ten ci sarn nos kiej kartofel, te same bure ślepie i kaprawe... Kropla w kroplę nikt jenszy, jeno Boryna!... - wołała. Ale już i sąd nie mógł powstrzymać się od śmiechu, a naród aż huczał z uciechy, przyglądali się dziecku, to Borynie i raz w raz ktoś powiedział: - To ci pannica, kiej ten pies odarty ze skóry! - Boryna wdowiec, ożeniłby się z nią, a chłopak zdałby się do pasionki... - Lenieje ci ona kiej krowa na zwiesnę. - A urodna! jeno grochowinami przytrząść i w proso wsadzić - wszystkie gapy uciekną... - Już i tak psy uciekają, kiej Jewusia bez wieś idzie!... - A gębusię ci ma kiej pomyjami wymalowaną... - Bo gospodarna, raz w rok się myje, coby na mydło nie wydawać... - Żydom w piecach pali, czasu nie ma, to i nie dziwota! Dogadywali coraz złośliwiej i okrutniej, a ona zmilkła i nieprzytomnymi oczami psa zgonionego patrzyła po ludziach i ważyła coś w sobie... - Cichojta! To grzych tak się naśmiewać nad biedotą! - krzyknęła Dominikowa tak mocno, aż pomilkli, i jaki taki drapał się po łbie ze wstydu. Sprawa skończyła się na niczym. Boryna poczuł niezmierną ulgę, bo chociaż nie był winien, ale zawżdy bojał się ludzkiego obmówiska, no i tego że przysądzić mogą, by płacił - bo prawo juści jest ci takie, że nikiej nie wiada, kogo za łeb chyci, winowatego czy sprawiedliwego. Bywało już tak nie raz, nie dwa, nie dziesięć... bywało. Wyszedł zaraz ze sądu i czekając na Dominikową, jął .medytować i rozważać w sobie całą tę sprawę. Nie mógt zrozumieć, po co i dlaczego skarżyła. - Ni, to nie jej rozum i głowa, to jenszy, ktoś drugi przez nią sięga, ale kto?:.. Poszli z Dominikową i z Szymkiem do karczmy napić się i przegryźć coś niecoś, bo było już dobrze po południu, i chociaż mu Dominikowa napomykała z lekka, że cała ta Jewczyna sprawa to musi być robota kowala, zięcia jego, nie mógł uwierzyć. - Co by mu z tego przyszło? - Tyla, żeby was pokłyźnić a podać na pośmiewisko i umartwienie. Drugi człowiek jest taki, że z jenszego la samej uciechy pasy by darł. - Dziwno mi tej zawziętości Jewczynej! Bom nie ukrzywdził w niczym, a jeszczem za chrzest tego jej bękarta dał dobrodziejowi worek owsa... - Służy ona u młynarza, a ten w kompanii z kowa1em chodzi..: miarkujecie?!... - Miarkuję, ino że nic rozeznać nie mogę! Napijwa się jeszcze! - Bóg zapłać, pijcie przódzi, Macieju! Napili się raz i drugi, zjedli drugi funt kiełbasy z półbochenkiem chleba, stary kupił rządek bułek dla Józi i zabierali się do powrotu. - Siadajcie, Dominikowa, ze mną, ckno samemu, pogwarzym... - A dobrze, ino skoczę jeszcze do klasztoru zmówic pacierz. Poszła, ale w dobre dwa pacierze już była z powrotem, i zaraz pojechali. Szymek wlókł się za nimi wolno, bo w jedną szkapę i piachy były srogie, ale rozebrało go nieco, że to nie był zwyczajny picia i oszołomiony sądem, to się ino kiwał sennie w półkoszkach i raz w raz przecykając zdzierał czapkę ze łba, żegnał się nabożnie i wpatrzony nieprzytomnie w ogon szkapy, jakoby w dziedzicową twarz na sądzie, mamrotał: "...Świnia matczyna, biała cała, a ino kiele ogona czarną łatę miała..." Słońce się już było przetaczało ku zachodowi, gdy wjechali w las. Mało wiele pogadywali, choć siedzieli w podle siebie na przednim siedzeniu. Czasem któreś zagadnęło jakimś słowem, że to nieobycznie siedzieć jak te mruki, ale ino tyla tego było, żeby śpik nie morzył i język nie zasechł... Boryna poganiał źróbkę, bo wolniła, że to już do pół boków spotniała z umęczenia i gorąca, czasem pogwizdał a milczał, i coś żuł, coś ważył w sobie, coś kalkulował i często a niewidnie poglądał na starą, na jej suchą kieby z blichowanego wosku twarz, całą w podłużnych bruzdach zastygłą - poruszała bezzębnymi wargami, jakby się modliła po cichu; czasem pociągała czerwoną zapaskę barzej na czoło, bo słońce świeciło prosto w oczy, i siedziała nieruchomo, ino jej bure oczy gorzały. - Wykopaliście ta już, co? - zagadnął wreszcie. - A juści. Obrodziły latoś niezgorzej. - Przychować będzie wama łacniej. - Wsadziłam też wieprzka do karmika, bo w zapusty może się zdać... - Pewnie, pewnie... mówiły, że Walek Rafałów przysyłał z wódką?... - Nie on jeden, nie... ale po próżnicy ino grosz tracą...nie la takich Jaguś moja, nie. Podniosła głowę i jastrzębimi oczami wpiła się w niego, ale Boryna, że człek był w latach, nie wicher żaden, to twarz pokazał zimną i spokojną nie do rozeznania: Długo nie rzekli ni słowa, jakby się tą niemotą mocując ze sobą. Borynie nijako było zaczynać pierwszemu, bo jakże, w latach już był i gospodarz na całe Lipce pierwszy; no i mógł to zasię tak prosto rzeć, co mu się Jaguś udała?...Honor przeciech swój miał i pomyślenie - ale że krwie gorącej był z przyrodzenia, to aże go złość porywała, że musi tak baczyć na siebie, tak kołować a zabiegać. Dominikowa przezierała go coś niecoś i miarkowala zasię, co go tak markoci i rozbiera, ale ni słówkiem nie pomogła, ino raz w raz poglądała nań, to w ten świat i te dalekości niebieskie, aż i rzekła niechcący: - Gorąc ci taki, kieby we żniwa. - Rzekliście. Jakoż i tak było, bo drogę otaczały potężne ściany boru, że żaden wiater ni przewiew nijaki nie przedzierał się z pól, a słońce wisiało prosto nad głowami i tak dogrzewało, że rozprażone drzewa stały bez ruchu i omdlałe czuby pochylały nad drogą, i tylko raz w raz puszczały bursztynowe igliwo, co kołujący spływało na drogę. Grzybny zapach bajorów i liścia dębowego aż wiercił w nozdrzach. - Wiecie, dziwno to mnie, a i drugim, że taki gospodarz, co to i pomyślenie nie bele jakie ma, i grontu tela, posłuch u narodu - kiej wy na ten przykład, a do urzędu ambitu nie macie... - Utrafiliście, że ambitu nijakiego nie mam. Co mi po tym? Sołtysem byłem bez trzy roki, tom dopłacił gotowym groszem. A com namarnował siebie i konisków! com się nakłyźnił i nabiegał, że i teń pies polowy nie więcej. A upadek w gospodarstwie był i marnacja, że jaże mi moja nie dała dobrego słowa... - Miała i ona swój rozum. Urzędnikiem być zawżdy to i honor jest, i profit. - Bóg zapłać. Strażnikowi się kłaniaj, pisarza obłapiaj za nogi i bele ciaracha, co z urzędu - też... Wielgi mi honor! Nie płacą podatków, most się popsowa, wścieknie się pies, który weźmie kłonicą po łbie - kto winowaty?...Sołtys winowaty, do śtrafu sołtysa ciągają! Hale, jest profit. Dosyć ja pisarzowi i do powiatu nanosił i kur, i jajków, i gąskę niektórą... - Prawdę mówicie, ale Pietrkowi wójtostwo do grdyki nie wraca, nie; grontu już dokupił i stodółkę dostawił, i konie ma kiej te hamany!... - Juści, ino nie wiada, co mu z tego ostanie, kiej się urząd skończy... - Myślicie... - Oczy swoje mam i miarkuję se ździebko... - Dufny ci on w siebie i z dobrodziejem koty drze. - Aże mu się darzy, to ino bez kobietę; on se wójtuje, a ona wv garści wszyćko dzierży. Milczeli znowu z pacierz dobry. - A wy to nie poślecie z wódką do której?... - zapytała ostrożnie. - I... nie bierą mę już ciągotki do kobiet, za starym... - Nie powiadajcie po próżnicy! Ino ten stary, co się ruchać nie może, łyżki sam do gęby nie doniesie i na przypiecku se dochodzi... Widziałam, kiejście worek żyta nieśli. - Juści, żem w sobie krzepki jeszcze, ale która by ta poszła za mnie?.. - Któren nie probant, co wie? Obaczycie! - Starym, dzieci dorastają... a pierwszej z brzegu nie wezmę... - Zróbcie ino zapis, a i co najpierwsze się wama nie sprzeciwią... - La zapisu! Kiej te świnie! Za tę morgę to i młódka najczystsza a pójdzie choćby za dziada spod kościoła... - A chłopy to za wianem nie patrzą, co? Nie odrzekł już, jeno skropił batem źrebicę, że ruszyła z miejsca galopem. Milczeli długo. Dopiero gdy wyjechali z lasu na pola, między przydrożne topole, Boryna, który cały ten czas burzył się w sobie i przegryzał, wybuchnął: - Na psy takie urządzenie we świecie! Za wszystko płać, choćby i za to dobre słowo! Źle jest, że i gorzej byc nie było. Już nawet dzieci na ojców nastają, posłuchu nie ma nijakiego, a wszystkie się żrą ze sobą kiej psy. - Bo głupie, nie baczą, że wszystkich jednako ta święta ziemia pokryje. - Leda jeden abo drugi od ziemi odrósł, a już do ojców z pyskiem, coby mu jego część dawali. Ze starszych się ino prześmiewają! Ścierwy, we wsi im ciasno, porządki stare im złe, ubieru nawet wstydzą się niektórzy! - To wszystko bez to, że Boga się nie boją... - Bez to i nie bez to, a źle jest. - Nie idzie na lepsze, nie. - Ma iść, kto ich ta zniewoli? - Kara boska! Bo przyjdzie ta godzina sądu Panajezusowego, przyjdzie. - Ale co się przódzi narodu namarnuje, tego nikt nie odbierze. - Czasy takie, że lepiej, coby mór przyszedł. - Czasy! Juści, ale i ludzie są winne. A kowal to co? A wójt? Z dobrodziejem się drą, ludzi buntują a tumanią, a głupie wierzą. - Ten kowal to moja trucizna, chociaż i zięć też... I tak se już społecznie wyrzekali na ten świat, poglądając na wieś, co była już coraz bliżej widna, przez topole. Pod smętarzem czerwienił się już z dala rząd kobiet pochylonych i zasnutych delikatną mgłą dymów, a wkrótce i głuchy, monotonny trzepot miądlił jął raz w raz dopływać z powiewem, co się był podnosił z nizinnych łąk. - Dobry czas na miądlenie. Zlezę przy nich, bo jest tam i Jaguś moja. - Nic mi z drogi, to was podwiezę... - Dobrzyście, Macieju, że jaże mi dziwno... - uśmiechnęła się chytrze. Skręcił z topolowej na polną dróżkę, co biegła do smętarnich wrótni, i podwiózł pod smętarz, gdzie pod kamiennym szarym płotem, w cieniu brzóz, klonów i tych krzyżów, co się z mogiłek pochylały ku polom, kilkanaście kobiet miądliło zawzięcie suchy len, aż mgła pyłów wisiała nad nimi i długie włókna czepiały się żółtych listków brzóz i wisiały u czarnych ramion krzyżów; w podle, na prętach rozpiętych, nad dołami, w których paliły się ognie, przesuszano len mokrawy jeszcze. Miądlice ostro kłapały, aż cały rząd kobiet pochylał się ciągle w krótkich a prędkich drganiach, i tylko coraz któraś się prostowała, roztrzepywała przygarść lnu z ostatnich paździerzy, zwijała ją w kukłę libo w chochoła i rzucała na rozpostartą płachtę przed siebie. Słońce, że się już było przetoczyło nad lasy, świeciło im prosto w twarze, ale nic to - robota, śmiechy, wesołe słowa nie ustawały ani na to oczymgnienie. - Szczęść Boże na robotę! - zawołał Boryna do Jagny, która miądliła z kraja zarno; w koszuli była ino a w czerwonym wełniaku i w chustce na głowie od kurzu. - Bóg zapłać! - odrzuciła wesoło i modre, ogromne oczy podniosła na niego, i uśmiech przeleciał przez jej urodną, opaloną twarz. - Suchy, córuchno, co? - pytała stara, obmacując obmiądlone garście. - Suchy kiej pieprz, jaże się łamie... - Znowu spojrzała na starego z uśmiechem, aż ciarki przeszły po nim, że świsnął batem i odjechał, ale raz w raz się obracał za nią, choć już widna nie była, bo mu jak żywa stała w oczach... - Dzieucha kiej łania... W sam raz - rozmyślał. ROZDZIAŁ 4 Była niedziela - cichy, opajęczony i przesłoneczniony dzień wrześniowy. Na ściernisku, tuż za stodołami, pasł się dzisiaj cały inwentarz Borynowy a pod brogiem wysokim i pękatym, okrążonym zieloną szczotką żyta, wykruszonego przy układaniu, leżał Kuba, dawał baczenie na inwentarz i uczył pacierza Witka - często pokrzykiwał na niego albo i zasie szturchał biczyskiem, bo chłopak mylił się i latał oczami po sadach. - Bacz, coć rzekłem, bo to pacierz - upominał poważnie - Dyć baczę, Kuba, baczę. - To czegój ślepiasz po sadach? - Widzi mi się, co są jeszcze jabłka u Kłębów... - Zjadłbyś! A sadziłeś je to, co? Powtórz "Wierzę". - Wyście też nie wywiedli kuropatwów, a wzieniście całe stado. - Głupiś! Jabłka są Kłębowe, a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz! - Aleście je wzieni z dziedzicowego pola... - I pole jest Panajezusowe. Hale, jaki mądrala, powtórz "Wierzę". Powtarzał prędko, bo go już kolana bolały od klęczenia, ale nie ścierpiał... - Widzi mi się, co źróbka idzie w Michałową koniczynę! - krzyknął gotowy do biegnięcia. - Nie bój się o źróbkę, a patrz pacierza... Kończył wreszcie, ale już nie mógł wytrzymać, przysiadał na piętach, wykręcał się na wszystkie strony, a zoczywszy bandę wróbli na śliwkach, śmignął w nie grudką ziemi i śpiesznie bił się w piersi. - A ochfiarowanie to zjadłeś kiej ulęgałkę, co? Powiedział ochfiarowanie i z wielką ulgą wziął się do śpiącego Łapy i jął z nim baraszkować. - Ale, gził się cięgiem będzie, kiej ten cielak głupi. - Poniesiecie dobrodziejowi ptaszki? - Poniesę... - Spieklibym w polu. - Spiecz se ziemniaków. Co mu się zachciewa! - Idą już do kościoła! - zawołał Witek, spostrzegając przez płoty i drzewa migające czerwone zapaski na drodze. Słońce przygrzewało niezgorzej, że wszystkie okna i drzwi chałup powywierano na przestrzał; gdzieniegdzie, pod przyzbami, myto się jeszcze, gdzie znowu czesano i zapletano warkocze, gdzie wytrzepywano świąteczne szmaty, zmięte całotygodniowym leżeniem w skrzyniach, gdzie już wychodzono na drogę, że raz w raz niby maki czerwone, niby georginie żółte, co dokwitały pod ścianami, libo te nagietki i nasturcje - tak szły kobiety strojne, szły dziewczyny, szli parobcy, szły dzieci, szli gospodarze w białych kapotach, podobni do ogromnych żytnich snopów, a wszyscy dążyli wolno ku kościołowi drogami nad stawem, któren niby misa złota odbijał w sobie słońce, aż oczy raziło. A dzwony wciąż biły radosnym głosem niedzieli, odpocznienia, modlitwy. Kuba czekał, aż przedzwonią, ale że nie mógł się doczekać, schował pęk ptaków pod kapotę i rzekł: - Witek, jak wydzwonią, spędź bydło do obór i przychodź do kościoła. Ruszył, ile mógł, rychło, bo kulał srodze, dróżką biegnącą pod ogrodami, a tak zasłaną żółtym liściem topoli, że szedł kieby po szafranowym kilimie. Plebania stała na prost kościoła, przedzielona tylko odeń drogą, w głębi wielkiego ogrodu, pełnego jeszcze gruszek zielonych i jabłek rumianych. Przed gankiem, obrośniętym w poczerwieniałe wino, Kuba się zatrzymał bezradnie, spozierając nieśmiało w okna i w sień, powywierane na oścież; a że wejść nie śmiał, cofnął się pod wielki klomb, pełen róż, lewkonii i astrów, od których bił słodki, upajający zapach; stado białych gołębi łaziło po zielonym, omszonym dachu i sfruwało na ganek. Ksiądz chodził po ogrodzie z brewiarzerm w ręku, ale raz wraz potrząsał gruszą, to jabłonką, że słychać był ciężkie pacanie owoców o ziemię, pozbierał je w połę sutanny i niósł do domu. Kuba zastąpił mu drogę i pokornie podjął za kolana. - Cóż to powiecie? Aha... Kuba Borynowy. - Juści... dyć parę kuropatków dobrodziejowi przyniosłem. - Bóg ci zapłać. Chodź ze mną. Kuba wszedł ino do sieni i ostał przy progu, bo nijak nie śmiał wejść na pokoje, poglądał tyla co przez drzwi otwarte na obrazy wiszące po ścianach i przeżegnał się pobożnie, i westchnął, a tak się czuł olśniony tymi ślicznościami, że aże łzy miał w oczach i koniecznie chciało mu się zmówić pacierz, jeno że się bojał klęknąć na błyszczącej, śliskiej posadzce, żeby jej nie powalać. Ale i ksiądz zaraz wyszedł z pokojów, dał mu złotówkę i rzekł: - Bóg ci zapłać, Kuba, dobry z ciebie człowiek i pobożny, bo co niedziela chodzisz do kościoła. Kuba podjął go za nogi, ale był tak ogłuszony radością, że ani wiedział, kiedy znalazł się na drodze... - Cie, za te parę ptaszków, a tylachna pieniędzy! Dobrodziej kochany! - szeptał, przyglądając się pieniądzowi. Nieraz ci on nosił dobrodziejowi różne ptaszki, to zajączka, to grzybków, ale nigdy jeszcze tyla nie dostał; co najwyżej to dziesiątkę abo i to dobre słowo... A dzisiaj Jezu mój kochany! Całą złotówkę, i na pokoje go wołał, i tyla dobrości mu powiedział... Jezus! Aże za grdykę go coś ułapiło i łzy same leciały mu z oczów, a w sercu poczuł taką gorącość, jakby mu kto zarzewia nasuł za pazuchę... - Ino jeden ksiądz uszanuje człowieka, ino on jeden'...Niech ci Bóg da zdrowie i ta Panienka Częstochowska...Dobry z ciebie pan, dobry!... Boć cała wieś: i parobki, i gospodarze, i wszystkie, to ino go kulasem przezywali, a niezgułą, a darmozjadem, a nikto dobrego słowa nigdy nie dał, nikto nie pożałował - chyba ino te koniska abo i te pieski... a przecież rodowy był... gospodarski syn... nie znajda żaden... nie obieżyświat, a chrześcijan prawy, katolik... Podnosił głowę coraz wyżej i coraz hardziej, prostował się, jak mógł, i z góry, wyzywająco prawie patrzył na świat, na ludzi wchodzących na smętarz i na te konie, co stały pod murem przy wozach; nadział czapę na skołtunioną głowę i wolno, godnie ruszył do kościoła, jak gospodarz jaki, zatykając ręce za pas i tak zamiatając krzywą nogą, że kurzawa za nim wstawała. Nie, nie ostał dzisiaj w kruchcie jak zawdy, jak przystało la niego, jeno się mocno jął przepychać przez ciżbę i parł prosto aż przed wielki ołtarz - aż tam, gdzie stawały same gospodarze, gdzie stojał Boryna i wójt sam; kaj stawały te, co nosiły baldach nad dobrodziejem, abo i te, co ze świecami kiej kłonice trzymali straż przy ołtarzu w czas Podniesienia. Patrzyli na niego ze zdumieniem i zgrozą, a z często gęsto usłyszał przykre słowo i odebrał takie spojrzenie, jako ten pies, któren się tam ciśnie, gdzie go nie wołają. Ale Kuba nic sobie z tego dzisiaj nie robił; ściskał w garści pieniądz, a duszę miał pełną słodkości i dobroci, jakoby po spowiedzi się czuł abo zasie i lepiej. Zaczęło się nabożeństwo. Uklęknął przy samej kracie i śpiewał z innymi, zapatrzony pobożnie w ołtarz, gdzie u góry był Bóg Ociec, siwy Pan i srogi, rychtyk podobny do dziedzica z Drzazgowej Woli, a w pośrodku sama Częstochowska w złocistym obleczeniu patrzyła na niego... a wszędy lśniła się pozłota, jarzyły się świece i stały bukiety papierowych czerwonych kwiatów... a ze ścian i z okien kolorowych wychylały się złote obręcze i święte, surowe twarze, i smugi złota, purpury, fioletu niby tęcza padały na jego twarz i głowę, całkiem jakby się unurzał w stawie przed zachodem, kiedy .słońce bije w wodę. I poczuł się jakoby w niebie w tych ślicznościach, że ruchać się nie śmiał, ino klęczał wpatrzony w czarniawą, słodką, matczyną twarz .Częstochowskiej, ino mówił pacierz za pacierzem spieczonymi wargami, a potem ino śpiewał tak żarliwie, tak ze wszystkich sił duszy wierzącej, tak sercem pełnym ekstazy, że jego zaschły, skrzypiący głos rozlegał się najdonośniej. - Beczycie, Kuba, kiej ta koza żydowska! - szepnął mu ktoś z boku. - La Pana Jezusa i tej Panienki... - mruknął, przerywając, bo się kościół uciszył. Ksiądz wszedł na ambonę, i wszyscy zadarli głowy i wpatrywali się w dobrodzieja, któren w białej komży pochylił się nad narodem i czytał Ewangelię - a światła i farby biły na niego z okien, że widział się wszystkim jako ten anioł płynący na tęczy... Ksiądz mówił długo i tak mocno, że jaki taki westchnął skruszonym sercem, niejednemu łzy pociekły, a któren znów zasie spuszczał oczy i kajał się w sumieniu - i obiecywał poprawę... A Kuba patrzył w dobrodzieja, jak w obraz święty, i aż mu dziwno było, że to ten sam dobry pan, co mówił do niego i dał mu złotówkę bo teraz wyglądał jak archanioł na ognistym wozie brzasków, twarz mu pobladła, oczy ciskały błyskawice, gdy zaczął podnosić głos i wypominać narodowi grzechy wszelkie, a skąpstwo, a pijaństwo, a rozpustę, a czynienie szkód, nieszanowanie starszych, bezbożność! I wołał wielkim głosem o upamiętanie się, błagał, zaklinał, prosił - aż Kuba nie wytrzymał i jął się trząść w sobie z winy tych wszystkich grzechów, z żalów, ze skruchy i ryknął głośnym płaczem, a za nim naród cały: kobiety, gospodarze nawet, że płacz się uczynił w kościele, chlipanie, wycieranie nosów, a gdy ksiądz z pokutną modlitwą zwrócił się do ołtarza i padł na kolana - jęk przeleciał kościół, i naród, jak las przygięty wichurą, runął twarzami na podłogę, aż kurz się podniósł i niby obłokiem osłonił te serca skruszone i łzami, westchnieniami, krzykiem wołające do Pana o zmiłowanie. A potem cichość zapadła, cichość rozmodlenia i serdecznej rozmowy z Panem, bo zaczęła się suma - organy huczały zgłuszonym, pokornym a głębokim głosem aż dusza Kuby zamierała z lubości i szczęścia nieopowiedzianego... A potem głos księdza podnosił się z nagła od ołtarza i płynął nad pochylonymi głowami strugą brzmień przenikających i świętych; to dzwonki krótką salwą dźwięczały, to dymy kadzideł biły pachnącymi słupami i niby obłokiem pokrywały klęczących i rozmodlonych - a Kubę napełniały taką rozkoszą, aż wzdychał ino, rozkładał ręce, bił się w piersi i zamierał z tej słodkiej niemocy, a szmery modlitw, westchnienia, nagłe wykrzyki i jęki gdzieniegdzie, gorące oddechy, światła, dymy, głos organów zatapiały go jakoby w świętym śnie, jakoby w zapamiętaniu. - Jezus! Jezus mój kochany! - szeptał olśniony i nieprzytomny, a złotówkę mocno dzierżył w garści, bo gdy po Podniesieniu Jambroży zaczął obchodzić z tacką i pobrzękiwać, by słyszeli, że zbiera na światło, Kuba powstał, rzucił mocno pieniądz i długo, jako że tak czynili gospodarze, wybierał sobie reszty dwadzieścia i sześć groszy. - Bóg zapłać - usłyszał z lubością. I kiedy roznosili świece, bo nabożeństwo było z wystawieniem i procesją, Kuba wyciągnął śmiało rękę, i chociaż okrutnie chciało mu się wziąć całą - wzion jednako najmniejszą, ogarek prawie, bo spotkał się z surowym, karcącym wzrokiem Dominikowej, co stała w podle niego z Jagusią - zapalił ją wnet, bo już i ksiądz ujął monstrancję, obrócił się z nią do ludu, że padli na twarz. Zaintonował pieśń i schodził wolno po stopniach ołtarza w ulicę z nagła uczynioną z głów rozśpiewanych, świateł płonących, barw ostrych i głosów jękliwych; procesja ruszyła, organy huknęły potężnie, dzwonki poczęły rytmicznie dzwonić, lud pochwycił wtór i śpiewał jednym ogromnym głosem wiary; a przodem ciżby, w skrętach rozchwianych świateł, migotał srebrny krzyż, kołysały się niesione feretrony, całe w tiulach a kwiatach i koronach szychowych, a już we drzwiach wielkich, którymi przez obłoki dymów kadzielnych buchało słońce, rozwijały się na wietrze pochylone chorągwie i niby ptaki purpurowe i zielone łopotały skrzydłami. Procesja obchodziła kościół. Kuba osłaniał dłonią świecę i trzymał się uparcie tuż przy księdzu, nad którym Boryna i kowal, i wójt, i Tomek Kłąb nieśli czerwony baldachim, a spod niego promieniała monstrancja złota i tak była cała w ogniach słońca, że przez środek szklany widać było bladą, przeźroczystą Hostię świętą... Tak był nieprzytomny, że raz w raz się potykał i nadeptywał drugim na nogi. - Uważaj, niedojdo! - Pokraka, kulas jeden! - rzucali mu, poszturchując nierzadko. Nie słyszał nic z tego; śpiew ludu brzmiał potężnym głosem, podnosił się jak słup, jak fala, zda się, płynął i bił w słońce blade; dzwony huczały nieustannie śpiżowymi ustami, aż trzęsły się lipy i klony, i raz w raz jakiś czerwony liść odrywał się i niby ptak spłoszony spadał na głowy, a wysoko, wysoko nad procesją, nad czubami drzew pochylonych, nad wieżą kościoła krążyło stado gołębi zestraszonych... .................................................................. A po nabożeństwie naród wysypał się na smętarz przykościelny; wyszedł i z innymi Kuba, ale się dzisiaj nie śpieszył do domu, chociaż wiedział, że będzie na obiad mięso z tej dorzniętej krowy - nie, postawał, pogadywał ze znajomkami, a przysuwał się do swoich gospodarzy, bo i Antek z żoną stojali w kupie z drugimi i poredzali, jak to w niedzielę po sumie zwyczajnie. A w drugiej gromadzie, co się już była skupiła za wrotniami na drodze, rej wodził kowal, duży chłop, ubrany już całkiem z miejska, bo w czarnej kapocie, pokapanej woskiem na plecach, i w granatowym kaszkiecie, spodnie miał na buty i srebrną dewizkę na kamizelce; twarz miał czerwoną i rude wąsy, i włosy pokręcone; rajcował donośnie a pośmiewał się, że aż rechotał, bo wykpis to był na całą wieś, że niech Bóg broni dostać mu się na jęzór. Boryna ino strzygł oczami ku niemu a nadsłuchiwał, bo się bojał jego gadania, że to nawet rodzonemu kowal nie przepuścił, a cóż dopiero teści, z którym był w wojnie o wiano żonine - ale nic nie wymiarkował, bo mu się nawinęły pod oczy Dominikowa z Jagną, wychodzące z kościoła - szły wolno, jako że i gęsto było narodu na smętarzu, i że się witały to z tym, to z owym i pogadywały słowem niektórym, bo chociaż wszystkie były sobie znajome a pokumane i powinowate i z wsie jednej, że często ino bez płot libo o miedzę siedzieli - a zawżdy pogwarzyć przed kościołem miło jest i potrzeba... Dominikowa rozwodziła się cichym, nabożnym głosem o dobrodzieju, a Jagna rozglądała się po ludziach, jako że wzrostem równa była i chłopom najroślejszym, a strojna dzisiaj była, że aż oczy rwała parobków, co się w kupę zbili przed wrótniami, na drodze, kurzyli papierosy i szczerzyli do niej zęby. Bo i urodna była, i strojna, i takiej postury, że i drugiej dziedzicównie z nią się nie mierzyć. Dziewuchy ano i kobiety żeniate, przechodzące mimo spozierały na nią z zazdrością abo i zgoła przystawały w podle, abych nasycić oczy tym jej wełniakiem pasiastym i sutym, co jak tęczą mazurską mienił się na niej, to na jej czarne trzewiki wysokie, zasznurowane aż po białą pończochę czerwonymi sznurowadłami, to na gorset z zielonego aksamitu, tak wyszyty złotem, że aż się w oczach mieniło, to na sznury bursztynów i korali, co otaczały jej, białą, pełną szyję - pęk różnobarwnych wstążek zwieszał się od nich na plecach i gdy szła, wił się za nią niby tęcza. Ale Jagna nie widziała zazdrosnych spojrzeń, błądziła modrymi oczami po głowach i natknąwszy się na wlepione w siebie oczy Antka, oblała się rumieńcem i pociągnąwszy matkę za rękaw, ruszyła przodem, nie czekając. . - Jagna, poczekaj! - krzyknęła za nią matka witając się z Boryną. Zatrzymała się na drodze, bo i parobcy hurmem ją otoczyli i poczęli witać a przymawiać złośliwie Kubie, któren szedł za nią, wpatrzon kieby w obraz. Splunął jeno i powlókł się do domu, bo i gospodarze już ciągnęli, i trza było zajrzeć do koni. - Całkiem kiej na tym obrazie! - zawołał bezwiednie, siedząc już w ganku. - Kto, Kuba? - pytała Józia, szykująca obiad. Spuścił oczy, bo wstyd mu się zrobiło i strach, żeby nie poznali. Ale że obiad był syty a długi, to i wrychle zapomniał; bo mięso było, była i kapusta z grochem, był i rosół z ziemniakami, a na amen postawili niezgorszą miseczkę kaszy jęczmiennej, uprażonej ze słoniną. Jedli wolno, poważnie i w milczeniu, dopiero kiej zasycili pierwszy głód, jęli pogadywać i smakować w jadle... Józia, że to ona dzisiaj była za gospodynią, to ino przysiadała czasami na kraju ławki, pojadała spiesznie, a pilnie baczyła, czy warza nie schodzi, by przynieść z izby garnki i dołożyć, by nie powiedzieli, że w misce dnieje. A obiadowali na ganku, że to czas był cichy i ciepły. Łapa kręcił się i skamlał, to obcierał się o nogi jedzących, zazierał do misek, aż mu raz w raz ktoś rzucił kostkę jaką, z którą uciekał pod przyzbę, abo zasie ucieszon obecnością gospodarzy i że wspominano jego imię, szczekał radośnie i gonił za wróblami, co się były wieszały po płotach, oczekując na okruszyny. A drogą często ktoś przechodził i pozdrawiał jedzących, że hurmem odpowiadali. - Pono ptaszki nosiłeś dobrodziejowi? - zagadnął Boryna. - Nosiłem, nosiłem! - Położył z nagła łyżkę i jął opowiadać, jaku go to ksiądz wezwał na pokoje, jaku tam piękne, że tyla księgów. - Kiedy tu un wszystkie przeczyta? - ozwała się Józia - Kiedy? A wieczorami! Chodzi se po pokojach, popija arbatę i cięgiem czyta. - Musi być... nabożne wszyćkie - wtrącił Kuba - Przeciech nie lementarze. - A gazety to co dnia stójka przynosi - dorzuciła Hanka. - Bo w gazetach piszą, co się dzieje we świecie... ozwał się Antek. - I kowal z młynarzem trzymają gazetę. - I... to i taka kowalowa gazeta! - rzekł urągliwie Boryna. - Takutka sama kiej księża - powiedział ostro Antek. - Czytałeś? Wiesz? - Czytałem i wiem, a bo raz! - I nie zmądrzałeś nic z tego, że się zadajesz z kowalem. - La ojca to ino ten mądry, co chocia z półwłóczek ma abo i ogonów krowich z mendel. - Zawrzyj gębę, pókim dobry! A to ino okazji szuka, żeby się kłyźnić! Chleb cię to rozpiera, widzę... mój chleb... - Ością on mi już stoi we grdyce, ością... - Szukaj se lepszego, na Hanczynych trzech morgach będziesz jadł bułki. - Będę żarł ziemniaki, ale mi ich niktój nie wymówi. - Nie wymawiam ci i ja... - Ino kto drugi?... Haruj jak ten wół, jeszcze ci słowa dobrego nie dadzą... - We świecie jest lekciej, nie trza robić, a dadzą wszystko... - Pewnie, że jest lepiej. - To se idź i posmakuj. - Z gołymi rękami nie pójdę. - Kijek ci dam, cobyś się miał czym od piesków oganiać. - Ociec! - wrzasnął Antek zrywając się z ławki, ale padł zaraz, bo Hanka ujęła go wpół, a stary popatrzył groźnie, przeżegnał się, jako że już było po obiedzie, i odchodząc do izby rzekł twardo: - Na wycug do ciebie nie pójdę, nie! Porozchodzili się zaraz ,ino Antek ostał i medytował, Kuba wyprowadził konie na koniczysko za stodoły, uwalił się pod brogiem, aby się przespać, ale spać nie mógł, ciężyło mu w żywocie jedzenie, a i ta myśl, że gdyby miał jaką strzelbę, toby mógł tyle ustrzelać ptaszków i zajączka niektórego, że co niedzielę nosiłby dobrodziejowi. Kowal by strzelbę zrobił, jako to i borowemu zmajstrował taką, że jak strzeli w lesie, to aż we wsi się rozlega? - Mechanik jucha! Ale pięć rubli trza mu za taką zapłacić! - rozmyślał. - Hale skąd wziąć?... na zimę idzie, kożuch trza kupić, buty też dłużej jak do Godów nie wydzierżą... Juści, winne mi są jeszcze dziesięć rubli i dwoje szmat, portki i koszulę... Kożuch choćby i z pięć...krótki będzie... buciska ze trzy... a to i czapka by się zdała...a rubla trza zanieść dobrodziejowi na wotywę za ojców...Ścierwa... że i nic nie ostanie!... - Splunął i zaczął z kieszeni w lejbiku wybierać okruchy tytoniowe i natrafił na ten pieniądz, o którym był zapomniał w czasie obiadu... - - - Jest ci gotowy grosz, jest! - Odechciało mu się spać nagle; od karczmy rozległ się daleki, przecedzony głos muzyki i jakby echa pokrzyków. - Tańcują se juchy i gorzałę piją, i papierosy kurzą! - westchnął i legł znowu na brzuchu, i patrzył na spętane konie, że zbiły się w kupę i gryzły po karkach, a rozmyślał, że wieczorem musi i on zajść do karczmy i kupić sobie tytoniu, i chociaż popatrzeć na balujących. Raz w raz oglądał pieniądz i spoglądał na słońce, wysoko było jeszcze i szło dzisiaj tak wolno ku zachodowi, jakby se też krzynkę odpoczywało niedzielnie... A rwało go tak do karczmy, że wydzierżeć nie mógł, przekładał się ino z boku na bok i postękiwał z tęskności, ale nie poszedł zaraz, bo akuratnie zza stodoły wyszedł Antek z Hanką i szli miedzą w pola. Antek szedł przodem, a Hanka z chłopakiem na ręku za nim, czasem coś rzekli i szli wolno, a coraz to Antek pochylał się nad rolą i dotykał ręką wschodzących ździebeł. - Idzie... gęste kiej szczotka... - mruknął i obejmował oczami te morgi, które obsiewał za odrobek ojcu. - Gęste, ale ojcowe lepsze, idzie kiej bór! - mówiła Hanka patrząc na sąsiednie zagony. - Bo rola lepiej doprawiona. - Mieć ze trzy krowy, toby i ziemia się pożywiła. - I konia swojego. - I przychować co na sprzedaż. A tak, co? Każdą plewę, każdą obierzynę ociec rachują i mają za wielgie rzeczy. - I wszystko wypomina!.. Zamilkli nagle ,bo uczucie krzywdy zalało im serca żalem, gniewem i głuchym, szarpiącym buntem. - Ino osiem morgów by wypadło - wykrzyknął bezwiednie. - Juści, że nie więcej. Przecież to i Józka i kowalowa, i Grzela, i my - wyliczała. - Kowalowe by spłacić i ostać przy chałupie i półwłóczku... - A masz to czym? .jęknęła aże w tym uczuciu bezsilności tak silnym, że łzy jej pociekły po twarzy, gdy ogarnęła oczami te pola ojcowe, tę ziemię jak złoto czyste, gdzie i pszenica, i żyto, i jęczmień, i buraki od skiby do skiby siać było można... Tyle dobra, a to wszystko cudze... nie ich... - Nie bucz, głupia, zawżdy z tego osiem morgów nasze... - Żeby chociaż z połowa z chałupą i z tym kapuśniskiem! - wskazała na lewo, w łąki, gdzie modrzały długie zagony kapusty; skręcili ku nim. Siedli na kraju łąk pod krzami, Hanka pokarmiała dziecko, bo płakać poczęło, a Antek skręcił papierosa, zapalił i ponuro patrzył przed się... Nie mówił on żonie, co go żarło we wątpiach, ni co mu leżało na sercu niby węgiel rozżarzony, bo aniby mógł wypowiedzieć, niby zrozumiała go dobrze... Zwyczajnie, jak kobieta, co ni pomyślenia nie ma, ni niczego nie wymiarkuje sama, ino żyje se jako ten cień padający od człowieka... - A gospodarstwo, a dzieci, a kumy - to i cały świat la niej. Każda kobieta taka, każda... - rozmyślał gorzko i aż go ścisnęło za serce... - Ten ptak, co polatuje nad łęgami, ma lepiej niźli człowiek drugi... Co mu tam za kłopoty! Polatuje se, pośpiewuje, a Pan Jezus obsiewa la niego pola, że ino mu zbierać a pożywiać się... - A bo to i gotowych pieniędzy ociec mieć nie ma? zaczęła Hanka. - Przeciech!... - A Józce to kupił korale takie, że i krowę by kupił za nie, a Grzeli to cięgiem do wojska śle pieniądze. - Słać śle... - odpowiadał myśląc o czym innym. - A przeciech to ukrzywdzenie wszystkich! A szmaty po matce to dusi w skrzyni i nawet na oczy nie pokaże... A wełniaki takie, a chusty, a czepki, a paciorki... - jęła długo wyliczać dobro wszelkie i krzywdy, i żale, i nadzieje, a Antek milc


tomekk 2003-04-30 06:57:57
Ten koncert to centralny profesjonalizm, nie spodziewałem się tego, cholernie miło jestem zaskoczony, niech piperzone amerykany maja swoje linkin parki i inne badziewie, knż bije ich na głowe. I takie zakonczenie chciałbym miec na swojej płycie jakie zagrali na sam koniec


Ozzy 2003-04-30 08:58:20
zajebisty koncert. ale mlyn. szczegolnie na Macku ktory byl grany kilka razy hehe. pozdrawiam


+dziku+ 2003-04-30 10:36:41
Postarales sie Kaziu. mlyn byl :)


Pala 2003-04-30 11:32:34
To był najzajebistszy koncert na jakim byłem!!!


Metal Szlachetny 2003-04-30 14:00:43
Spoko koncert. Brawo Kaziu, nie widać po Tobie tej czterdziestki. Brawo Olaf i reszta zresztą też. Pozdrowionka dla Huberta, Tomka, Kingi, Korka oraz buziaki dla Kasi G.


korek 2003-04-30 14:05:35
koncert był wypaśny - tylko tak dalej!!!


GARGAMEL 2003-04-30 14:54:25
Bylo zajebiscie a zwłaszcza Tata D. Byłem pierwszy raz i mam nadzieje ze nie ostatni, teraz czekam na KULT-a. Pozdrawiam:)


jednorekookonogi 2003-04-30 16:48:52
Mam pytanie do Towarzysza? Stary w jakim celu wklejasz te fragmenty? Nie wiem czy sie dowartosciowujesz w ten sposób czy może po prostu nie masz swojego zdania i robisz tak byle sie tylko pokazac. Jestem ciekaw czy choc jeden z tych fragmentów sam przeczytałes. Wejdż sobie na strone "ich troje" i tam może zaimponujesz 12, 13-latkom tym co robisz.


igi 2003-04-30 22:28:30
Koncert może być ale niestety mi sie wydaje że kazik po tych 20 latach na scenie wpad w rutyne i wcale mu sie nie dziwie chce powiedzieć po prostu że nie czuje sie tej zajebistej łączności zespół publika ale w sumie było git :-) oo jeszcze nagłośnienie było nieco zjebane bo zagłośno było i pirdziało w głośnikach jak byłem na koncercie behemotha to nie było za głośno ani za cicho i zajebiste przmienie było miło by było jak by kazik tak zrobił :-)


_ 2003-05-01 13:36:18
Towarzysz ma małego siusiaka!!! A wkleja długie teksty z literarury polskiej żeby się dowartościować.


Rycho 2003-05-01 15:31:22
Koncert znowu rewelacja, ja chce jeszcze!! ps.Towarzysz napisz do kogos kto chce czytac twoje teksty bo to nie ten adres!


tomekk 2003-05-02 21:08:54
Czy ktoś coś wie na temat numeru Schizofremia (o ile to jest tytuł)??. Byłbym widzięczny za odpowiedz bo ten numer najbardziej mnie rozwalił na koncercie (sex i przemoc)


Metal Szlachetny 2003-05-02 21:30:59
Na stronce www.staszewski.art.pl pisze że Schizofremia to utwór z repertuaru El Dupy...


Dorian 2003-05-03 00:30:38
Do TomkaK: A kojarzy Tate w Gestapo Kulcich..?


tinton 2003-05-03 14:01:34
Mam prośbe do osoby, która siedziała z kamerą i nagrywała cały koncert. Czy mógłbyś dac znać. Z checią kupiłbym od Ciebie kopie tego nagrania. Pozdrawiam


adrian 2003-05-03 14:05:35
czy jest tu jakiś admin? jeśli tak to powinien sie zająć tymi bzdurnymi textami wklejanymi przez towarzysza i powyrzucać je. w końcu to nie ta grupa i powyższe texty nie mają nic wspólnogeo z kaenżetem !!!


popey 2003-06-03 13:47:30
Niestety z żalem,ale na koncercie nie byłem,ale już nigdy więcej tego nie zaniedbam!!!


Dązli 2003-07-28 09:01:26
Heja trzeba skasować Towarzysza !!!


darus f 2003-10-29 17:52:27
to bylo tak dawno temu, ze... nadal sie pamieta.


mat 2004-12-14 21:51:16
to wszystko jest dziwne, ale Kazik jest prawdziwy!


jagna 2005-03-01 08:38:48
moze byc ale moglo by byc lepiej


lol 2005-05-03 09:06:25
jesteś gejedm


hftehf 2007-10-14 20:02:12
jesteś GEJEM




dodaj komentarz lub recenzję

Twoje imię lub pseudonim:



Twój adres e-mail:



  

Treść komentarza lub recenzji:

  zapamiętaj imię lub pseudonim oraz e-mail